Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

2.11.2016
środa

Czytając Lema dziś: „Niezwyciężony”

2 listopada 2016, środa,

Lem_Niezwyciezony_m (1)Problemem fantastyki naukowej jest czas, który może dezaktualizować wizje lub wręcz czynić je śmiesznymi. Jak tej próbie oparł się Stanisław Lem? Czy współczesny czytelnik odnajdzie w jego książkach coś dla siebie? Zacznijmy od „Niezwyciężonego”.

Wybór pierwszej powieści Lema, którą warto wskazać czytelnikowi znającemu go jedynie z haseł typu „Stanisław Lem wielkim pisarzem był”, jest bardzo prosty. Otóż „Niezwyciężony” to jeden z jego bardziej przystępnych tekstów, którego czas niemalże nie nadgryzł (nieco technologię, ale na niej się książka nie skupia), wciąż świetnie broniący się jako wyjątkowo udany thriller SF.

Zaczyna się od tajemnicy. Jest nią los załogi statku „Kondor”, z którym kontakt utracono niedługo po tym, jak ten wylądował na planecie Regis III. W ślad za zaginionymi rusza tytułowy krążownik kosmiczny, zapowiedziany w pierwszych zdaniach powieści w sposób do dziś niezwykle efektowny: „Niezwyciężony”, krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru.

Następnie tajemnice się mnożą, bo przybyli na Regis III wprawdzie „Kondora” odnajdują, załogi już jednak nie. Rodzą się kolejne pytania, załoga natrafia na fenomeny, których bohaterowie nie są w stanie wyjaśnić. Potęgowana jest też groza, niczym w najlepszym horrorze oparta na tym, że choć widzimy przerażające skutki, nie wiemy, skąd przyszedł atak ani nawet jakiej był natury.

Działa tu klasyczny dla science fiction motyw tzw. śledztwa nad światem, gdzie bohaterowie, a wraz z nimi czytelnicy, trafią do nowej rzeczywistości/nowego miejsca, a następnie krok po kroku poznają panujące tam zasady, odkrywając tajemnice warstwa po warstwie. Lem zaś w dozowaniu napięcia jest świetny.Lem_Niezwyciezony_mNie wyłącznie o dreszczyk w „Niezwyciężonym” jednak chodzi, bo też to całe śledztwo obyć by się nie mogło bez kreacji. Prościej mówiąc, aby odkrywać tajemnice Regis III, najpierw trzeba było szczególną naturę tej planety obmyślić – i tu właśnie kryje się warstwa naukowa tej Lemowskiej science fiction, wciąż świeża i ciekawa, mimo upływu ponad pół wieku od pierwszej publikacji tej powieści. Trzeba docenić jej oryginalność i przede wszystkim kompleksowość, bo autor pomyślał o wielu aspektach (dlaczego na Regis III życie ogranicza się do oceanów?), niczym najlepszy futurolog.

Jest więc „Niezwyciężony” na początek przygody z Lemem idealny: nie dość, że w formie bardzo współczesny, bo toż to gotowy scenariusz na kameralny film SF, ze sporą domieszką grozy (serio, drogie Hollywood, macie tu „Prometeusza”, gdyby film Scotta był tak dobry, jak zapowiadały zwiastuny i akcja marketingowa), to jeszcze świetnie zwiastuje późniejsze powieści i opowiadania, gdzie warstwa naukowa jest bardziej rozwinięta, dochodzi też więcej filozofii.

W 52 lata po pierwszej publikacji „Niezwyciężony” Stanisława Lema śmiało może walczyć o uwagę czytelników ze współczesnymi książkami fantastyczno-naukowymi, tym bardziej, że thrillery SF to niezwykła rzadkość, bo też napisać taki piekielnie trudno. Polski czytelnik ma natomiast takowy pod nosem.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 12

Dodaj komentarz »
  1. Zwykle u Lema starzeją się technologie zapisu danych – pomimo codzienności podróży kosmicznych przewijają się u niego jakieś magnetofony i inne urządzenia, których w czasach (nieokreślonych), w których dzieją się jego powieści już raczej nie powinno być. Ale Lem nie skupiał się na gadżetach. Większość problemów rozwiązuje się (czy raczej domniemywuje) u bohaterów w głowach, co też jest główną przeszkodą przed sfilmowaniem takich powieści jak Niezwyciężny czy Fiasko.

  2. Hmm, przypominam sobie „Niezwyciężonego” i widzę tylko trzy ewidentnie przestarzałe technologie:
    1) Jednorazowa wzmianka że komputery „Niezwyciężonego” wczytują program z taśmy perforowanej
    2) Pomocniczy napęd na borowodory (koncepcja z lat 60-ątych, z której w praktyce nic nie wyszło)
    3) Analiza zdjęć poprzez nakładanie na nie przezroczystej folii z naszkicowanymi konturami poszukiwanych obiektów

    Mapy kosmiczne czy dziennik pokładowy w postaci papierowej to równie dobrze może być kwestia tradycji (typu dzisiejsze dzwony okrętowe) a nie technologii.

    Cała reszta technologii to dalej science-fiction: sam krążownik kosmiczny, broń energetyczna mogąca jedną salwą „zagotować morze średniej wielkości”, silniki fotonowe, pola siłowe, kroczące roboty (w dodatku potrafiące zagrzebać się w piasku) , miotacze antymaterii, helikopter potrafiący wejść na orbitę, hibernacja, „opukiwacz grobów”, itp. itd.

  3. S.Lem byl (i nadal jest) moim ulubionym pisarzem SF. Bo nie pisal o Marsjanach ale o czlowieku, o jego problemach i jego przyszlosci. W zasadzie byl pisarzem-filozofem.

    I w zasadzie jest coraz bardziej aktualny. Np. „Rozprawa” (wydana już w 1967!) o autonomicznych (i inteligentnych) robotach. A przeciez juz dzisiaj mamy autonomiczne samochody i z tym zwiazane problemy prawne i moralne.

    Albo „Powrot z gwiazd” gdzie rozwarza mozliwosci adaptacji czlowieka do (drastycznych) zmian spolecznych. Tylko bohater zdolal sie dostosowac, reszta uciekla. Mozna to porownac do dzisiejszych (indywidualnych) problemow, ktore powstaly przez szybka globalizacje w ostatnich 10-leciach. Iluz to ludzi probuje uciec do starych rozwiazan np. do nacjonalizmu.

    S.Lem powinien być lektura obowiazkowa w szkołach!

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. A jednocześnie w Powrocie z Gwiazd pan Bregg jednym ruchem wyszarpnął czarną skrzynkę, żeby móc sobie poszaleć samochodem… Zawsze myślałem, że projektanci raczej uniemożliwiliby takie zabawy (pomijając argument, że nikomu betryzowanemu nie wpadłoby to do głowy).
    Lem był przede wszystkim filozofem, dopiero potem pisarzem sci-fi – i tak siebie postrzegał.
    „Rozprawa” tak, ale uważam, że w świetle dzisiejszych dżenderowo-eugenicznych czasów dużo ciekawsze „efekty” pojawiają się w „Przekładańcu”.

  6. @Gostek Przelotem
    2 listopada o godz. 15:16

    Masz na mysli ksiazke „Przekladaniec” (z roznymi utworami) czy film (oparty na „Czy pan istnieje, Mr. Jones?”)?

    O ktorych „efektach” w „Przekładańcu” myslisz? Bo mnie sie wydawalo, ze „Przekladaniec” (film) to tylko niewinna igraszka na temat prawnej definicji osoby.

  7. Chodziło mi o scenariusz (?) „Czy pan istnieje, Mr. Johns?”. Ja to akurat mam w tomie „Opowiadania”. Dużo różnych składanek Lema wychodziło.
    Tam jest jednak więcej niż tylko definicja prawna osoby – transplantacje i daleko idące ingerencje w ludzkie ciało prowadzące do zatracenia tożsamości – tak ja to czytam.

  8. @Gostek Przelotem
    2 listopada o godz. 21:32

    „…prowadzące do zatracenia tożsamości…”

    Ja to widze troche inaczej. Bo pan Johns do konca czul sie jako Ryszard i nie mial co do tego zadnych watpliwosci. I nawet w ostatniej scenie, jak do adwokata wchodzi niby z wygladu(?) pan Johns, to przedstawia sie jako John Fox (i jest tego pewny). Wiec wydaje mi sie, ze watpliwosci co do osoby mieli tylko postronni. Z ktorych Lem sie dobrze nasmiewa 😉

    W tym sensie jest to chyba jakas analogia do dzisiejszej sytuacji np. osob transsexualnych. Bo wedlug Lema jest to problem dla ich otoczenia (dla prawa w zasadzie juz nie), a nie dla nich samych.

  9. Gostek Przelotem
    – 2 listopada o godz. 9:54
    Starzeją sie tylko pomysły Lema opisane przez niego w jego najstarszych powieściach typu „Astronauci”, ale już raczej nie w „Obłoku Magellana” czy „Edenie”, gdzie (mowa o „Astronautach”) generalnie Lem nie wyszedł raczej poza stadium lamp próżniowych. Ale z kolei przywidywał on już wtedy napęd jądrowy jako jedyny, który może dostarczyć ludzi bezpiecznie poza orbitę Ziemi i poza Księżyc. Poczytaj też raz jeszcze „Fiasko” – tam nic się przecież nie postarzało od roku 1987.
    „Co adaptacji filmowych, to „Niezwyciężony” czy „Fiasko” jak najbardziej nadają się do takiej adaptacji, ale to musi być film z wielkim budżetem, dobrym reżyserem (szkoda, że Kubrick już nie żyje) i dobrymi aktorami. Do „Niezwyciężonego”czy „Fiaska”, jednej z głównych ról, n.p. do roli Rohana czy Pirxa vel Parvisa nadawał by się do, moim zdaniem, Tom Cruise, który doskonale się sprawdził w SF, n.p. w „Minority Report”. Ale to musiałby być film z wielkim budżetem, inaczej to było fiasko, jak z tymi niemieckimi, amatorskimi czyli niskobudżetowymi adaptacjami „Dzienników gwiazdowych” czy „Maski”, których fragmenty pokazała nam wczoraj TVP Kultura. 🙁
    – 2 listopada o godz. 15:16
    Jak sobie niby wyobrażasz połączenie takiej „czarnej skrzynki” z samochodem skonstruowanym przed pojawieniem się owych „czarnych skrzynek”, które uniemożliwiają usunięcie ich z samochodu bez unieruchomienia tegoż samochodu? Przecież to by wymagało przeróbki całego układu uruchamiania samochodu, tak jak to sie dziś dzieje n.p. w Australii z samochodami kierowców złapanych na jeździe po pijaku, ale to z kolei dopuszczane jest tylko po wyroku sądu. Obowiązkowe montowanie takich zabezpieczeń we wszystkich samochodach oznaczało by istnienie państwa policyjnego, a przecież państwo opisane przez Lema w „Powrocie z gwiazd” nie jest państwem policyjnym, a tylko opiekuńczym, a opieka ma przecież swoje granice, poza którymi staje sie ona więzieniem. Poza tym, to sam sobie przeczysz pisząc, że nikomu betryzowanemu nie wpadłoby to (usunięcie tej skrzynki) do głowy, a więc ta „czarna skrzynka” była obowiązkowa, ale nie była ona narzucona w sposób policyjny, jako że można było się jej łatwo pozbyć, na swoją własną odpowiedzialność. Bardziej restrykcyjna technologia opisana jest przez Lema w „Wizji lokalnej” – tam każda agresja była tłumiona w zarodku, drogą całkowitego przekształcenia już nie tylko otoczenia będącego dziełem człowieka, łącznie z domami, meblami czy drogami, ale nawet i przyrody. Ale to jest temat na osobną dyskusję.

  10. mały fizyk
    – 2 listopada o godz. 13:10
    Zgadzam sie ze wszystkim co tu napisałeś, poza tym, że .Lem powinien być lekturą obowiązkową w szkołach. Rozbiory utworów Lema dokonane przez przeciętnego, a nawet i bardziej niż przeciętnego polonistę (patrz n.p. J. Jarzębski, profesor polonistyki UJ) mogą zniechęcić do Lema nawet najbardziej zagorzałych miłośników SF, a osób do SF nastawionych krytycznie one przecież nie przekonają. Chyba, że to byłby prof. Bereś, ale tacy to się na kamieniu nie rodzą.
    – 2 listopada o godz. 17:58
    Scenariusz do filmu „Przekładaniec” został wydrukowany później jako osobne opowiadanie, ale oparte na wcześniejszym opowiadaniu „Czy pan istnieje, Mr. Jones?”, gdzie aspekty prawne są bardziej wyeksponowane niż w opowiadaniu i filmie „Przekładaniec”. Opowiadanie „Czy pan istnieje, Mr Johns?” ukazało się po raz pierwszy w tygodniku „Przekrój” a później w „Dzienniakach gwiazdowych” – wyd. I z r. 1957. Opowiadanie „Przekładaniec” ukazało się zaś po raz pierwszy w tygodniku „Ekran” w roku 1968 a później w zbiorze opowiadań „Bezsenność” w roku 1971.
    – 2 listopada o godz. 22:10
    [MODERACJA – to jest blog o kulturze, a nie miejsce na nazywanie innych „zboczeńcami”, prosiłbym więc o powstrzymanie się od tego typu dywagacji – MZ]

  11. @jakowalski

    O ile dobrze pamietam, to Lem w Summa Technologiae napisal niezly paszkwil na ewolucje i rozmnazanie seksualne 😉

  12. mały fizyk
    3 listopada o godz. 22:39
    Jak najbardziej. 🙂

  13. To może coś o Tichym?
    Ciekawe, że ulubiony lemolog Lema, czyli prof. Jerzy Jarzębski z UJ, komentując dla zbiorowego wydania dzieł Lema (Interart, Warszawa, 1994) „Dzienniki gwiazdowe” a więc też i podróż dwudziestą czwartą, napisał, że to był błąd albo celowe przekręcenie kapitalistycznej rzeczywistości przez Lema, jako że, zdaniem Jarzębskiego (nota bene polonisty a nie ekonomisty) współczesny kapitalizm dawno temu rozwiązał problem bezrobocia. Cytuję:
    „Lem napisał swe Dzienniki z niebywałą zręcznością. Trzeba było ostatecznie zmylić cenzora — szczególnie w stalinowskich czasach dociekliwego — i napisać coś, co dałoby się odczytywać na dwa sposoby. Najlepiej widać to w Podróży dwudziestej czwartej, która na powierzchni jest kpiną z rzekomo (sic) nieuchronnych ekonomicznych sprzeczności rozsadzających kapitalistyczne demokracje. Autor ostentacyjnie pomija oczywisty fakt, że owe sprzeczności dawno już zostały na Zachodzie rozwiązane (sic). Jego niby-Ameryka nic nie wie o idei welfare state, próbuje się za to leczyć całkiem po sowiecku — przez wprowadzenie „absolutnego porządku”, a jej mechaniczny władca nie umie wyobrazić go sobie inaczej, jak w postaci deseniu układanego na polach z obywateli przerobionych w standardowe krążki. Istny „żywy obraz” z moskiewskiego czy pekińskiego stadionu!”
    Jerzy Jarzębski „Spór między Munchhausenem a Guliwerem” (napisane w okolicach roku 1994)
    http://solaris.lem.pl/ksiazki/beletrystyka/dzienniki-gwiazdowe/67-poslowie-dzienniki
    Jak widać, kiedy nawet dobry polonista bierze się za ekonomię i politykę, to popełnia błędy, tyle że nie tragiczne, a wręcz tragikomiczne, jako że myli on welfare state, czyli tzw. państwo dobrobytu z likwidacją bezrobocia, nie wiedząc w swej naiwności ducha i braku nawet elementarnej wiedzy z dziedziny ekonomii i politologii, że welfare state nie jest w stanie zwalczyć przyczyn bezrobocia, a tylko może złagodzić niektóre jego skutki, że „leczenie” nieuchronnego przecież w kapitalizmie bezrobocia technologicznego poprzez zasiłki dla bezrobotnych, nawet tak wysokie jak w najbogatszych państwach kapitalistycznych w najlepszych ich latach, czyli z grubsza w latach 1950., 1960. i 1970, jest tak samo nieskuteczne, jak leczenie nowotworów złośliwych (czyli tzw. raka) środkami znieczulającymi, w tym nawet tak silnymi jak n.p. morfina, że to jest tylko maskowanie objawów, a nie leczenie choroby toczącej dany organizm – czy to raka toczącego organizm ludzki, czy też bezrobocia toczącego społeczeństwa kapitalistyczne. Pomijam tu już to, że owo umiłowanie do estetycznych deseniów cechuje także reżymy kapitalistyczne – nie tylko III Rzeszy Hitlera czy Italii Mussoliniego a nawet i USA czy Francji – wystarczy popatrzeć na plan Waszyngtonu albo na zdjęcia lotnicze stolicy USA czy też podobnie spojrzeć na śródmieście Paryża, radykalnie przebudowane za czasów Napoleona III, aby ułatwić policji rozbijanie robotniczych manifestacji, poprzez likwidację wąskich uliczek i zastąpienie ich szerokimi, prostymi bulwarami, jakże idealnymi dla szarży dawniej kawalerii a dziś samochodów z armatkami wodnymi na obywateli protestujących przeciwko nadużyciom władzy.
    Co więcej, sam Lem, obawiając się negatywnego przyjęcia tej podróży w USA, odradzał swojemu tłumaczowi, czyli M. Kandlowi, przetłumaczenie tej podróży (patrz „Sława i fortuna. Listy do Michaela Kandla”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013). Niemniej Kandel przetłumaczył tę podróż, tyle że z Indiotów zrobił po Phools, aby nie obrazić Indian i Indusów (amerykańska polityczna poprawność, dochodząca obecnie do szczytów absurdu). Anglojęzyczna Wikipedia, aby uniknąć krytyki kapitalizmu, tak oto streściła tę podróż, usuwając z niej wszelakie aluzje do kapitalizmu: „Elsewhere Tichy meets a race of aliens (called “Indioci” in the Polish original, “Phools” in the English translation) who, desiring perfect harmony in their lives, entrust themselves to a machine which converts them into shiny discs to be arranged in pleasant patterns across their planet.” (Wikipedia, hasło Ijon Tichy).