Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

21.03.2015
sobota

Love story z maszyną – „Ex Machina” Aleksa Garlanda

21 marca 2015, sobota,

ExMachina_Alicia-VikanderAlex Garland to jedno z ciekawszych nazwisk współczesnej kinematografii z rejonów fantastyki. Choć wielu widzów może go jeszcze nie kojarzyć, powinni znać jego dzieła, a dokładnie filmy, do których scenariusze pisał.

Bo właśnie od tego zaczynał. I to zaczynał nieprawdopodobnie wręcz efektownie: pierwszym obrazem w jego filmografii jest „28 dni później”, czyli jeden z ciekawszych horrorów nowego stulecia i zarazem moja ulubiona historia o zombie, dzięki której odkryłem świetnego Cilliana Murphy’ego.

Drugą kinową fabułą, która wyszła spod pióra utalentowanego Brytyjczyka, było zaś „W stronę słońca” („Sunshine”), czyli najbardziej niedoceniany film fantastyczny ostatnich lat (któremu z pewnością poświęcę osobny wpis). W 2012 roku zachwycała z kolei jego wersja opowieści o brutalnym stróżu prawa, a więc świetny „Dredd 3D”, który może i wiele nie zarobił, jednak podbił serca nie tylko fanów komiksowego oryginału.

Dwa pierwsze z wymienionych obrazów wyreżyserował Danny Boyle, którego duch unosi się nad „Ech Machiną”, opowieści o powstaniu Sztucznej Inteligencji, a zarazem debiutem reżyserskim Garlanda.

W zasadzie trudno mówić o „Ex Machinie”, nie wspominając reżysera oscarowego „Slumdoga”. Od współpracy z Boylem zaczęła się kariera Garlanda, co bardziej niż wyraźnie odcisnęło piętno na drugim z filmowców. W zasadzie gdybym przed seansem nie wiedział, który z nich stał za kamerą, po wyjściu z kina upierałbym się, że to musiał być Danny Boyle. Pewnie bym się o to wręcz wykłócał i był gotów zakładać o pieniądze.

Bo Garland składa koledze hołd, tworzy film, używając mnóstwa charakterystycznych dla Boyle’a chwytów – fascynacja promieniami światła, zbliżenia na bohaterów, skupiające się na fragmentach ciała, kręcone lekko trzęsącą się kamerą, przerywniki w postaci krótkich ujęć wspaniałej przyrody, podobne kadrowanie korytarzy i scen w pokojach (dom jednego z bohaterów był filmowany bardzo podobnie jak statek kosmiczny we „W stronę słońca”), no i rzecz jasna kładzenie ogromnego nacisku na muzykę, wiele ujęć z wyciszeniem wszystkich dźwięków, oprócz ścieżki muzycznej.

Obejrzyjcie „W stronę słońca”, obejrzyjcie „127 godzin” Boyle’a, a potem „Ech Machinę” – wszystkie trzy wyglądają, jakby wyszły spod ręki jednego reżysera, nawet „28 dni później” pełne jest tych samych technik. Pytanie, czy to coś złego. Niby nie, bo Boyle to dobry reżyser i jak już się na kimś wzorować, to na najlepszych. Z drugiej jednak strony chciałoby się, aby tak utalentowany scenarzysta własnym głosem przemawiał także stojąc za kamerą.

Talentu scenopisarskiego Garlandowi odmówić zaś nie można. Pisze bardzo w duchu współczesnej literatury SF w krótkiej formie, niczym Ken Liu czy Adam-Troy Castro, a więc wychodzi od naukowego konceptu, dba o stronę science, potrafi wręcz zaskoczyć przynajmniej kilkoma ciekawymi konceptami, świeżym spojrzeniem na zgrany temat. Jednocześnie jednak na pierwszym planie stawia wątki obyczajowe, ludzi, ich reakcje i zachowanie wobec nowego/nieznanego/niezwykłego. Aspekt ludzki jest tu bardzo ważny, bo to on czyni historię unikatową.

Patrząc na „Ex Machinę” przez pryzmat kina czy literatury fantastyczno-naukowej, zobaczymy obraz wpisujący się w popularny nurt, poruszający temat, z którym mierzono się już nie raz, nie dwa, a więc powstanie maszyny, która będzie w stanie myśleć i mieć świadomość – prawdziwej Sztucznej Inteligencji. Pod tym względem film nie zachwyci, bo – jak wspominałem – raz czy dwa Garland może błysnąć w szczegółach (użycie danych z wyszukiwarki, rozważania na temat roli seksualności w świadomości), ale w szerszym rzucie nie mówi nam niczego nowego.ex-machina-01-gq-22jan15_rex_b_1083x658Tym, co czyni „Ex Machinę” więcej niż tylko dobrą historią, są bohaterowie, zwłaszcza zaś grany przez Oscara Isaaca twórca SI Nathan – niby wpasowuje się w schemat geniusza-ekscentryka, jest jednak inny od wszystkich, wyraźnie ulepiono go z innej gliny niż pozostałych szalonych naukowców kina. Przez to świetnie wypadają jego interakcje z Calebem (Domnhall Gleeson), młodym programistą, którego zadaniem jest sprawdzenie, czy Nathan rzeczywiście stworzył SI, poprzez przeprowadzenie na Avie (rzeczona SI, grana przez Alicię Vikander) czegoś w rodzaju testów Turinga (test, w którym komputer ma zwieść testującego, że jest człowiekiem).

Dzięki grze Isaaca „Ex Machina” wyskakuje ze schematów znanych nam opowieści o buntach myślących robotów, bo zasiewa ziarno wątpliwości, zwłaszcza w finale, grając z widzem i sugerując różne oceny bohaterów.

Alex Garland daje więc nam dobry film SF, w którym najsilniejsze jest „F”, choć i z pozoru utarte „S” momentami zaskakuje. Wtórność reżyserska rzuca się w oczy, odsuwając to jednak na bok otrzymujemy obraz z bardzo dobrymi ujęciami, świetną ścieżką dźwiękową i wspaniała scenografią oraz lokacjami. No i doskonale obsadzonym w roli Oscarem Isaakiem.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. poczekam na dvd

  2. Obejrzę. BTW, ten koleżka po lewej na zdjęciu sam występował jako robot w jednym z odcinków Black Mirror.