Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

1.04.2015
środa

„Interstellar”, czyli rzadki optymizm w fantastyce naukowej

1 kwietnia 2015, środa,

interstellar_wallpaper_by_nordlingart-d8093yrOdsuńmy na bok dyskusję o „Interstellarze” jako filmie i ocenianie go (o tym będzie osobny wpis). Zajmijmy się umiejscowieniem stworzonej przez braci Nolanów fabuły na planie współczesnej fantastyki naukowej, z naciskiem na tę literacką. Co dostrzeżemy?

To, że najnowszy film reżysera „Incepcji” bynajmniej nie płynie z nurtem wiodących w SF trendów, a wręcz przeciwnie – powszechnemu czarnowidztwu i przekonaniu, że ludzkość nieuchronnie sprowadzi na siebie zagładę, przeciwstawia niespotykany optymizm i wiarę w zbawczą rolę nauki.

Sprawa jest poważna. Literatura fantastyczno-naukowa jest tak mroczna i tyle w niej wizji światów po zagładzie albo makabrycznych wydarzeń, do których doprowadzi wieczny pęd ludzkości ku rozwojowi, że sami pisarze zaczynają dostrzegać te niepokojące dysproporcje i angażują się w projekty, które mają przeciwstawiać się takiemu patrzeniu na naszą przyszłość.

W 2010 roku ukazała się antologia „Shine: An Anthology of Optymistic SF”, w której pisarze mieli „rzucać światło na jaśniejszą przyszłość”. Projekt ciekawy, ale z braku znanych nazwisk wiele szumu nie narobił. Dużo lepiej pod tym względem poradził sobie zbiór „Hieroglyph: Stories & Visions for a Better Future”, gdzie pisarze dostali za zadanie na nowo rozniecić optymizm ze Złotej Ery SF. Ponieważ zaś wśród autor byli m.in. Neal Stephenson („Atmosfera Incognita” ukazała się w „Fantastyce Wydaniu Specjalnym” 2/2014), Geoffrey Landis, Bruce Sterling, Elizabrth Bear czy Cory Doctorow („Człowiek, który sprzedał Księżyc” wciąż jest w sprzedaży w „Fantastyce Wydaniu Specjalnym” 1/2015), o antologii było i jest o wiele głośniej. Problem w tym, że pisanych według tego klucza powieści nie uświadczymy.

Widzę dwa powody. Pierwszy, najbardziej prozaiczny, jest taki, że mroczne wizje przyszłości są bardziej efektowne niż te optymistyczne. Jak myślicie, co się bardziej sprzeda: opowieść o Sztucznej Inteligencji, która zaczęła zabijać ludzi, czy historia o SI, która zyskała świadomość, by następnie żyć z nami długo i szczęśliwie? Podpowiedź: w tej drugiej jest mniej wybuchów.

Same wizje światów postapokaliptycznych są zaś łatwiejsze do opisania, bo zamiast główkować nad tym, jak mógłby wyglądać zaawansowany technologicznie rok 2030 czy 2050, z pomocą jakiejś megakatastrofy cofamy zegar i szczytem techniki w naszym nowym świecie staje się zegar słoneczny.

Drugim argumentem za tworzeniem pesymistycznego SF, w którym opisujemy konsekwencje nieudanych eksperymentów czy długofalowe skutki wyniszczającej działalności człowieka na Ziemi, jest zaś postrzeganie literatury fantastyczno-naukowej jako zobligowanej do przestrzegania nas, do ustawiania nas do pionu i pokazywaniu palcem: „Jeżeli dalej będzie tak robić, skończycie jak Kevin Costner w »Wodnym świecie«”. Jakoś tak się utarło, że pisarze SF to ci, którzy powinni bić na alarm.

I niektórzy robią to udanie, choćby Paolo Bacigalupi, który w swoich opowiadaniach i powieściach „Nakręcana dziewczyna” czy „Zatopione miasta” buduje skrajnie mroczne wizje przyszłości Ziemi, pełne wyniszczających chorób, głodu, z ludźmi zniewolonymi przez potężne korporacje. Albo Ken Liu, który napisał kilka bardzo ciekawych opowiadań o skutkach dalszej, już cyfrowej ewolucji człowieka, o tym, jak to nas zmieni, jak podzieli i wykluczy tych, którzy za bardzo będą bali się nowej rzeczywistości. To świetne historie.

Sęk w tym, że trudno znaleźć dla nich przeciwwagę. Próbuję przypomnieć sobie jakąś optymistyczną historię fantastyczno-naukową z ostatnich lat, ale nie mogę. Może coś bym znalazł, gdybym wspomógł pamięć jakąś bazą publikacji, bez tego jednak w głowie mam pustkę. Kosik, Zbierzchowski, Dukaj, Watts, Egan, McDonald, Stephenson, Harrison, Beckett – świetni pisarze, świetne książki. W żadnym z opisanych w nich światów nie chciałbym się znaleźć.

O dziwo, w sukurs przychodzi nam kino. Tutaj również królują opowieści o atomowych holokaustach i krwiożerczych robotach, od czasu do czasu trafią się wyjątki jak „Ona” Spike’a Jonze’ego czy ostatnio „Interstellar” w reżyserii Christophera Nolana. W tym drugim należy zwrócić uwagę na postać głównego bohatera, Coopera, i tego, co on reprezentuje.

Cooper to naukowy optymizm w pigułce. To skondensowana wiara w ludzkość i to, że potrafimy sięgać wielkości. Jest jak wspomniana antologia „Hieroglyph” – stanowi reinkarnację SF Złotej Ery, gdy zamiast z trwogą rozglądać się dookoła, ludzkość wpatrywała się w gwiazdy. Z tęsknotą. Nadzieją. Prawda, u Nolana Ziemia umiera, a dokładniej – jakaś zaraza wyniszcza rośliny, ale to tylko pretekst, by znowu wyruszyć w kosmos. By znowu zaufać nauce.

Bo najważniejsza scena „Interstellara” to nie żadna z pięknych sekwencji pokazujących statek kosmiczny, którym podróżują bohaterowie, czy relacja z wizyty na innej planecie, ale to małe, kameralne spotkanie Coopera z nauczycielami Murph. Pamiętacie, co oni mówią? Że lądowanie na Księżycu nie miało miejsca, że to zimnowojenna propaganda. Że świat nie potrzebuje już inżynierów, a rolników. Odrzucają naukę i postęp, nie wierzą w nie. Cooper się przeciw temu buntuje.

Christopher Nolan ewidentnie tęskni za erą, w której człowiek był zdobywcą, w rozumieniu – odkrywcą. W której nauka była źródłem optymizmu, a w głowach rysowały się wizje przyszłości z deskolotkami jak w „Powrocie do przyszłości 3”. Głosem swojego bohatera mówi: „Patrząc w niebo, rozmyślaliśmy o naszym miejscu wśród gwiazd. Teraz patrzymy pod stopy i martwimy się o nasze miejsce w ziemi”.

Zestawmy to podejście z tym, co dzieje się wokół, z rosnącym brakiem zaufania do naukowych autorytetów i powszechnym kwestionowaniem faktów jako sprokurowanych w złej woli czy na czyjeś zlecenie. Jak mielibyśmy zaufać naukowcom, że wyślą człowieka na Marsa, skoro nie wierzymy im, gdy mówią, że szczepionki są konieczne, a GMO (w świetle wszystkich wiarygodnych badań) bezpieczne? Gdy ludzkości udało się wylądować sondą na komecie najgłośniej mówiło się o… koszulce jednego ze sprawców tego naukowego cudu.

Odsuńmy na bok oceny „Interstellara” jako filmu, bo niezależnie od niej wizja braci Nolan zasługuje na uwagę i zastanowienie, czy lepiej jest patrzeć na świat oczami Coopera, czy nauczycieli Murph?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. Pisze Pan
    „Jak mielibyśmy zaufać naukowcom, że wyślą człowieka na Marsa, skoro nie wierzymy im, gdy mówią, że szczepionki są konieczne, a GMO (w świetle wszystkich wiarygodnych badań) bezpieczne?”
    Zgryzliwie odpowiem, ze nie wierzymy im dlatego, bo uznalismy – czesciowo slusznie – ze sprzedali sie Wielkim Pieniadzom. Jak mam wierzyc, ze szczepionki sa konieczne a GMO bezpieczne, gdy co jakis czas wylazi informacja, ze to czy inne badanie ma za sponsora firme zwiazna z firma zwiazana z firma zwiazana z koncernem, ktory przy miliardowych obrotach, jesli nie zyskach, stac na delikatny „lobbying” na roznych frontach – rowniez naukowych. Jak mam wierzyc w loty na Marsa gdy temat kojarzy sie ostatnio z marketingowym cyrkiem (lot na Marsa w jedna strone) organizowanym przez jakies szemrane przedsiewziecie.
    Nie postuluje walki Swiata Nauki o swoje dobre imie, sugeruje jedynie, ze w dzisiejszych czasach, gdy przy odpowiedniej (finasowej lub politycznej) motywacji, mozna wcisnac publice wiele rzeczy, jako „fakt”, publika, do ktorej sie zaliczam, nie majac wiedzy czy mozliwosci zweryfikowania tych informacji – masowo zaczyna wietrzyc podstep. Skoro nie mozna „ufac – i sprawdzac” (bo niby jak?) – nie ufam.

  2. Jest wiele, wiele, wiele niezależnych badań na temat GMO, które potwierdzają brak dowodów na jakąkolwiek szkodliwość tychże. Sęk w tym, że – bez żadnych dowodów – wszystkie je wrzuca się do worka „kupione przez korporacje”. I zestawia z wnioskami internetowych krzykaczy.

    Ja sam już z milion razy czytałem, że kupiło mnie Monsanto.

  3. Przypomniały mi się zmagania marketingowe w tv margaryna vs masło. Naukowcy opłacani przez producentów margaryny wykazywali, że to margaryna jest zdrowa, z kolei naukowcy wynajęci przez producentów masła wykazywali, że to masło jest zdrowe.

    Ciekawy jest tez przypadek dopuszczenia aspartamu do spożycia jako słodzik (w napojach typu light), mimo badań przeprowadzonych na szczurach, wskazujących na „kancerogenność” tej substancji. Potem się okazało, że członkowie komisji, która odpowiadała za dopuszczenie do obrotu tego składnika była zatrudniona na umowie zlecenie w koncernie, który był zainteresowany takim rozstrzygnięciem. Był na ten temat film dokumentalny w Planete+.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. „Skoro nie mozna “ufac – i sprawdzac” (bo niby jak?) – nie ufam.”

    Tylko czemu nie ufać akurat tym którzy twierdzą że GMO jest bezpieczne? 🙂
    Jak się jest ignorantem racje obu stron są tak samo odległe.

  6. Przecież to jedna wielka ściema, że ten film promuje poprzez głównego bohatera postawę sprzyjającą zaufaniu do nauki i może rozbudzić zapał podobny do tego, który towarzyszył wysyłaniu ludzi w kosmos i na Księżyc.
    Już nawet nie to, że cała ta nauka jest trzymana w ukryciu, ale:
    – tak z głupia frant, skoro trzymana w ukryciu i tak dała efekt, to po co zajmować się promowaniem jej jawności?
    – nawet półinteligent zdaje sobie sobie, choćby podświadomie, sprawę ze złożoności logistycznej takiego przedsięwzięcia jak wielodziesiątkoletnia budowa pojazdu kosmicznego. Zderzenie więc tajemniczego odludnego miejsca i placu budowy wypełnionego ludźmi i technologią (dojazd, mieszkanie, zaopatrzenie, rodziny, już mi się nie chce wymyślać co dalej) od razu napełnia nieufnością do scenarzysty, czyli każe wszystko traktować tu podejrzliwie, w szczególności to, co prezentuje główny bohater.

    Scena z nauczycielami jest znacząca dla pana czy dla mnie, bo już mamy inne zdanie, ale nie ma żadnego bezpośredniego odpowiednika w samym flmie, który by ją wykorzystał, a tym samym znaczył coś dla przykładowego gimnazjalisty, pokazał mu, że można inaczej i jak to ‚inaczej’ należy zrobić.
    Proszę sobie wyobrazić scenę, dośc typową, w której w samochodzie zjeżdżającym z wielokilometrowej pochyłosci psują się hamulce. Widzimy kierowcę, jak zaczyna nerwowo szukać jakiego wyjścia, póki co jedyne znajdując w trzymaniu się drogi podczas coraz szybszej jazdy. I nagle widzimy scenę kolejną, ten sam kierowca rozprawia żywo siedząc w domu o planowanej podróży lotniczej podczas wakacji. Niedorzeczność? Skąd, możemy się domyślić, że wszystko dobrze się skończyło, a nasz kierowca pyta o przegląd techniczny samolotu przed startem.
    Tak właśnie ‚zepsuty’ jest efekt tej sceny z nauczycielami (jakich nie życzyłbym swemu dziecku niezależnie od rozwoju sytuacji na Ziemi).

    Wracając od filmu do czasów dzisiejszych – zabijamy własnymi światłami światło gwiazd. Kiedy widział pan niebo w naturze, bez wszechobecnego zagłuszania rozproszonym światłem elektrycznym?
    Obawiam się, że odpowiedź brzmi – nigdy. Nawet kiedy jestem 50 kilometrów od Warszawy, jej łuna jest dobrze widoczna. Nawet na głębokich wsiach z dala od głównych szlaków świecą dzisiaj latarnie. Nawet kiedy jestem w nocy gdzieś nad Bugiem czy w jakiś polskich górach mam świadomość, że mój dziadek widział to niebo dużo lepiej i codziennie, a nie od wielkiego dzwonu, że gwiazdy towarzyszyły mu ciągle i codziennie mógł podnosząc głowę do góry sam zadać sobie pytanie, ‚co tam jest’?
    A może na morzu? Więc, próbował pan na morzu namówić wszystkich na ciągłe wyłączenie świateł nocą?
    Kończąc, moje dzieci nie mają więc po prostu szans na podobną postawę wobec wszechświata jaką miał ich pradziadek. One go po prostu nie widzą, dostrzegają tylko ziemię pod nogami. A gwiazdy w kinie… niech mnie pan nie rozśmiesza… 😉

  7. Nastąpił odwrót od nauki, wzbiera kolejna fala barbarzyństwa, zabobonu i nieracjonalności. Czekamy na genialnego naukowca, który za pomocą wyższej matematyki obliczy najkrótszą drogę przejścia przez te ciemności oraz założy tajny ośrodek naukowy, celem dopilnowania realizacji Planu 🙂

    Żartuję, ale podzielam żal Autora. Cóż, nauka w pewnym sensie padła ofiarą własnego sukcesu. Sensacyjne odkrycia rozbudziły jeszcze większe oczekiwania, także na skutek buńczucznych zapowiedzi samych naukowców. Obecnie mamy zaś w nauce kolejny okres mozolnej orki na ugorze – nic dziwnego zatem, że wiara ludu w naukę (w „zbawienie” przez naukę) się ulotniła.

  8. P.S.
    Podobnie jak opisuje @fidelio, w całej rozróbie z żywnością modyfikowaną genetycznie nie chodzi przecież o zdrowie, tylko o pieniądze.
    Tylko maniak pomija to, że cała nasza żywność jest modyfikowana genetycznie, tylko dłuższą drogą, podobnie jak to, że szkodliwe są nie układy zasad w genomie, ale konkretne związki chemiczne, a te można przecież łatwiej znaleźć w roślinach traktowanych opryskami niż naturalnie odpornych.
    Argument szkodliwości podnoszony jest więc TAKŻE (a w Polsce głównie) przez maniaków, ale ponieważ walka z nimi (maniakami) wtrąca w objęcia mafii od prawa własności, to ja na przykład nie walczę.
    Najprościej rzecz ujmując, twórcy roślin modyfikowanych genetycznie żądają do nich praw własności podobnych jak ci od programów komputerowych – programu nie możesz kupić jak książki, możesz go tylko używać za łaskawym zezwoleniem niekoniecznie zależnym od dokonanej i niezwrotnej wpłaty.
    To oczywiste nadużycie, ale zgadzasz się (klikając „zgadzam się na wszystko co producent wpisał tu poniżej drobnym druczkiem, w razie czego także na oddanie w zastaw własnej córki”), bo co masz zrobić?
    Grozi więc, że nie tylko polski pilot nie będzie mógł użyć polskiego samolotu w przypadku niezgody interesów z interesami Wielkiego Brata, ale także polski rolnik będzie kompletnie zależny od amerykańskiego koncernu, którego interesów będzie póki co pilnować właśnie ten pilot.
    W Polsce, podobnie jak w przypadku samolotów czy lodówek ta zależność mało kogo obchodzi i rzecz dokonała by się szybko, jednak jest w Europie kilka państw, które cenią sobie swoją niezależność i pod płaszczykiem właśnie dyskusji o zdrowiu Amerykanów zlewają. Ci się wściekają, ale o ile mogli wysłać do Japonii komandora Perry, by przekonał Japończyków do amerykańskiego prawa własności, to tenże sam komandor miałby o wiele trudniejsze zadanie, gdyby mu przyszło przekonywać ludność Japonii, że zielone na dolarze nie truje (o ile ta ludność miałaby takie przekonanie).

  9. @ MMK
    Tylko czemu nie ufać akurat tym którzy twierdzą że GMO jest bezpieczne? 🙂
    Jak się jest ignorantem racje obu stron są tak samo odległe.

    Bez możliwości i / lub umiejętności weryfikacji informacji (naukowej), nawet rzadkie przypadki nadużyć (a przecież nie wszystkie nadużycia są ujawniane) podważają zaufanie do całej grupy (analogicznie do defektów w nieznacznej liczbie pojazdów, które podważają zaufanie do całej marki). Nie znaczy to, że odrzucam(y) wszystkie informacje i twierdzenia pochodzące ze świata nauki, tyle że przestały być one w 100% wiarygodne, bo istnieje pewne ryzyko (niemożliwe do oszacowania), że informacje te zostały (nomen-omen) „zmodyfikowane” pod wpływem „grup interesu”. Pewne dziedziny nauki, np. GMO, czy źródła energii, maja silny związek z mega-biznesem i mega-pieniędzmi (które można będzie zrobić, lub nie, w zależności od tego, który punkt widzenia przeważy) i na tych polach nauka narażona jest na silniejsza manipulację (mówiąc wprost, korupcję). Dlatego podawane wyniki przyjmuję z większą nieufnością, niż w innych dziedzinach, szczególnie wtedy, gdy wyniki są finansowo korzystne dla dużych koncernów. Będąc ignorantem, zakładam też, że badania takie są bardzo kosztowne, a jeśli sponsorują je koncerny, to trudno oprzeć się (być może ignoranckiemu) wrażeniu, że „kto płaci orkiestrze, ten wybiera muzykę”.

  10. @ naltar

    Wszystko pięknie, ale zdecydowanie, zdecydowanie więcej znanych jest przypadków badań „potwierdzających” szkodliwość GMO, które albo zostały przeprowadzone wbrew wszelkiej logice i ich wyniki muszą być odrzucone, albo były świadomie zafałszowane.

  11. .

    MONSANTO !

    I’m for GMO !
    come & buy me
    I’m here!

    Jeremy Rifkin is a fake !
    eh, they never listen

    ..)

  12. Co do filmu podobał mi się, jako marzyciel lubię takie jasne i stosunkowo przyjemne wizje przyszłości jednak z coraz większym sceptycyzmem patrzę w przyszłość osobiście uważam, że ludzkość może pójść w dwóch kierunkach rozwoju technologicznego. Nie ma co gdybać zobaczymy co przyniesie przyszłość.
    Pozdrawiam Mateusz.