Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

14.04.2015
wtorek

Wyciekły 4 odcinki „Gry o tron”, czyli o Kulturze Niecierpliwych

14 kwietnia 2015, wtorek,

georgerrmartin-39722Od czasu wycieku do sieci nagich fotek Jennifer Lawrence internet nie był tak monotematyczny. Od kilku dni wszystkie dyskusje giną w szumie tej jednej: w internecie pojawiły się nielegalne wersje czterech pierwszych odcinków 5. sezonu „Gry o tron”.

Internauci rzucili się więc na serwisy torrentowe i streamingowe, mimo że żeby obejrzeć pierwszy epizod nowej serii, w świetnej jakości i z lektorem, wystarczyło poczekać paręnaście godzin. W naszej rzeczywistości taki czas to jednak wieczność. Popkultura wymaga od nas natychmiastowej konsumpcji.

Jestem przekonany, że wśród osób, które pierwsze rzuciły się na owe odcinki, na wyścigi ładując wideo albo pobierając pliki od gryzonia, mnóstwo było takich, które mają wykupiony abonament HBO. To znaczy, że mogą oglądać ten serial w nieskazitelnej jakości, na wielkim ekranie, z dobrym lektorem (bo „Gra…” ma bardzo dobrego lektora). Że zapłacili za to z góry i co by nie robili, kasa jest już w kieszeni stacji. Mimo to oglądają pirackie kopie. Dlaczego?

Bo przez 10 miesięcy, jakie minęły od emisji ostatniego odcinka 4. sezonu, nerwowo przebierali nogami w oczekiwaniu na kolejny. Bo przez ten czas byli zalewani niezliczoną ilością treści marketingowych czy przygotowywanych przez fanów. Bo na premierę nowej serii się nie czeka – czas do niej się odlicza. To konsekwencja dobrej akcji promocyjnej.

Przede wszystkim jednak jest to konsekwencja dominującego obecnie podejścia do popkultury, w myśl którego wszystko trzeba mieć NATYCHMIAST. Nie w rozumieniu, że jak najszybciej, ale że nie później niż inni.

Film w Polsce ma premierę miesiąc po amerykańskiej? Blamaż dystrybutora. Serial nad Wisłą pokazany będzie tydzień po reszcie świata? Żenada, nie warto czekać. Tłumaczenie książki trafi do nas kilka tygodni po światowej premierze? To ja ściągnę sobie z torrentów e-booka. Stać mnie na zakup oryginału, ale ja chcę to TERAZ.

Z takiego stanu rzeczy zdają sobie sprawę dystrybutorzy filmowi (większość wielkich premier jest w tym samym dniu co w Stanach), stacje telewizyjne (1. odcinek 5. sezonu „Gry o tron” HBO wyemitowało o 3:00 w nocy, żeby zrobić to jednocześnie ze Stanami; FOX właśnie zapowiedział, że „Miasteczko Wayward Pines” trafi jednocześnie do ponad 100 krajów), a nawet wydawcy książkowi, którzy stają na głowie, byle tylko polski przekład był w księgarniach w dniu premiery oryginału (reguła przy powieściach Stephena Kinga; przypomnijcie sobie dziki pośpiech, w jakim przekładany był „Trafny wybór” J.K. Rowling).

Co zaś jeżeli kryterium natychmiastowości nie zostanie spełnione? Przy okazji premiery ostatniego tomu serii „Harry Potter” moja znajoma kupiła sobie oryginał i czytała po angielsku, mimo że rozumiała co trzecie słowo. W sieci prawie momentalnie pojawiały się przekłady z Google Translatora. Ja sam kupiłem edycję brytyjską, bo nie chciałem czekać kilku miesięcy na przekład. Dlaczego?

Mamy tu do czynienia z dziwną sytuacją, będącą efektem nierównej globalizacji. Otóż jeżeli chodzi o obieg informacji o kulturze – jedziemy na jednym popkulturalnym wózku ze Stanami i całym światem anglojęzycznym, bo nawet jeżeli nie znamy języka obcego, tłumaczenia newsów trafią do nas za pośrednictwem prasy i internetu. Same dobra kulturalne wciąż jednak dystrybuowane są różnymi kanałami, często świadomie blokowanymi, czego przykładem blokada geograficzna Netflixa, ograniczenia regionalne DVD i Blu-rayów czy choćby fakt, że Amazon potrafi wyświetlić mi komunikat: „Niestety, ten przedmiot nie może być wysłany do twojego kraju”.

Świetnym przykładem jest tu serial „House of Cards”. W Stanach debiutował 1 lutego 2013 roku. To była bomba – jedna z głośniejszych produkcji roku, pierwszy serial z takim budżetem, z takimi gwiazdami, z takim reżyserem za sterami, który powstał na potrzeby internetu. Do tego wypuszczany w nowym modelu, gdzie tradycyjne czekanie na kolejne epizody zastępuje udostępnienie całego sezonu w dniu premiery. Kulturalna rewolucja, szeroko dyskutowana na świecie, w tym w Polsce. W Polsce. „HofC” zajmowały się największe media, wszystkie znaczące tytuły prasowe poświęcały mu choćby wzmiankę, a najczęściej oddawały kilka stron. A przecież w naszym kraju serial legalnie oglądać można było od 1 lipca 2013 roku na VOD Seriale+, a w telewizji pojawił się jeszcze cztery miesiące później.

Wszyscy przymykali więc oko na fakt, że „House of Cards” w Polsce oglądano nielegalnie (a raczej: nielegalnie udostępniano do oglądania). Nie pytano dziennikarzy, skąd mieli dostęp do odcinków. Bo fakt, że czegoś nie dano nam od razu, to najlepsza, uniwersalna, a co gorsza powszechnie akceptowana wymówka dla piractwa. W ogóle piracenie treści obrosło cała masą idiotycznych usprawiedliwień, powtarzanych za każdym razem, gdy ktoś ściąga plik czy ładuje wideo, ale akurat brak dostępności, a przede wszystkim utrudniony/opóźniony dostęp do treści, to najpopularniejszy moralny wytrych. Bo Polska to nie jest gorszy kraj, bo w Polsce nie powinniśmy czekać. (Przy czym jest to usprawiedliwienie niezwykle głupie, bo równie dobrze można twierdzić, że za towar w sklepie się nie zapłaciło, bo drzwi wyjściowe były bliżej niż kasa, a tak w ogóle to była kolejka, a pani kasjerka wolno pikała).

Rodzime media musiały włączyć się w wyścig z zagranicznymi, nie mogły czekać na polską premierę. Sam doświadczyłem tego przy „Wołaniu kukułki” Roberta Galbraitha, czyli tak naprawdę J.K. Rowling – z tekstem o tej książce odbiłem się od dwóch redakcji, bo przygotowałem go na okazję pojawienia się w księgarniach polskiego przekładu. Usłyszałem, że nie ma co o tym pisać, bo temat wyczerpano kilka miesięcy wcześniej, gdy na jaw wyszedł sekret autorki przygód Harry’ego Pottera. Wtedy też prasa recenzowała edycję oryginalną. Nikt nie chciał czekać. Nikt nie mógł.

Czy czujecie się jak chomik w kółeczku? Ja tak. Wciąż jest coś, jakaś nowa premiera, kolejny film, serial, książka, na którą się czeka. Role się odwróciły. To nie producenci kultury popularnej zabiegają o nas, ale to my ustawiamy się w kolejkach po oferowane przez nich dobra, jeszcze wykłócając się, jeżeli nie dostaniemy ich odpowiednio szybko.

George R.R. Martin zalewany jest falą nienawiści, u której podstawy leży złość, że pisze wolno i na nową powieść w serii „Pieśń Lodu i Ognia” trzeba czekać (powstała nawet o tym piosenka – klip poniżej). Jacek Dukaj w ogóle przestał zapowiadać kolejne książki, informując o nich dopiero, gdy są już gotowe, bo gdy wcześniej podawał przybliżone daty i je przekraczał, spotykał się z krytyką niecierpliwych fanów.

Jestem w stanie założyć się o moją kolekcję komiksów (tłumaczenie: o coś mi bardzo bliskiego), że gdyby HBO w lutym organizowało specjalne, kameralne pokazy 5. sezonu „Gry o tron”, na które bilety kosztowałyby setki dolarów, rozeszłyby się one szybciej, niż zdążylibyśmy powiedzieć: „O, George Martin zabił kolejnego kluczowego bohatera”. Ludzie płaciliby słono, by obejrzeć trochę wcześniej coś, co i tak by obejrzeli, bo mają HBO. Płaciliby tylko za to, że mogliby zrobić to przed innymi.

Gdy jakiś czas temu na swoim profilu facebookowym napisałem, że za darmo polecę do Stanów Zjednoczonych i odwiedzę plan głośnego serialu, moi znajomi zazdrościli przede wszystkim tego, że w podróż zabiorę ze sobą wydruk wyczekiwanej przez nich książki, która do sprzedaży trafić miała kilka miesięcy później. Książki, którą wszyscy przeczytają, ale za jakiś czas. To niezwykłe świadectwo istnienia Kultury Niecierpliwych. A także tego, że mam dziwnych znajomych.

PS Niczym Daenerys w zapowiedzi 5. sezonu „Gry o tron” złamałem (chomicze) koło. Nie obejrzałem rzeczonych epizodów. Poczekam. Bo gdy się nad tym zastanowić, jak dziecinne jest rzucanie się na nielegalnie udostępnione treści, skoro lada moment HBO samo mi je podsunie, na HBO GO? Lepiej poćwiczyć cierpliwość.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Wielce pouczające spostrzeżenie, panie Redaktorze. Myślę jednak, że nie jest to jakaś szczególna cecha naszej aktualnej popkultury, tylko popkultury w ogóle. Wszak nasi pradziadowie również ścigali się, kto pierwszy sprowadzi nowinki. A to, że nie chodziło o filmy tylko fatałaszki, i że nie z USA tylko z Paryża, to już sprawa bez znaczenia.

  2. Z większośćią tez się zgadzam (chociaż nie do końca rozumiem, dlaczego autor uważa, że oglądanie serialu z lektorem lub czytanie tłumaczenia jest w jakikolwiek sposób atrakcyjniejsze od konsumpcji oryginału), ale od siebie dodam, ze dużo winy za ten stan ponoszą sami producenci, zwłaszcza, jeżeli chodzi o filmy i seriale, o których jeszcze przed premierą wiadomo, że odniosą sukces. Weźmy takich Avengersów 2 – ilość treści, która przez ostatni miesiąc dostała się do mediów, jest ogromna. Nie mówimy o dwóch trailerach i teaserze, co chwila słyszymy o jakichś zdradzonych sekretach fabuły i szczegółach dotyczących bohaterów. Marvel w tym zresztą przoduje, co najlepiej widać na przykładzie wypuszczonego przez nich ostatnio teasera do trailera Ant-mana.

  3. 1. Większość osób, które pobierają GoT via torrent to ludzie młodzi, którzy albo nie mają hbo, albo nie władają pilotem od tv w domu, więc nie zawsze mogą obejrzeć ulubiony serial (albo muszą stoczyć o to małą wojenkę i potem wysłuchiwać opinii, że oglądają goliznę i głupie smoki).

    2. Te odcinki „wyciekły”? Tak same z siebie, jak woda, która przecieka przez papierowy kubek? Nie wydaje mi się. Ktoś je wypuścił. Skąd wiadomo, że nie był to zwykły „chłyt maketingowy”? Nigdy się tego nie dowiemy.

    3. Jaka kultura niecierpliwych? Ten wpis powinien być o świetnej machinie marketingowej hbo, a nie o jakiejś kulturze niecierpliwych. Powinieneś wypunktować kolejne chwyty marketingowców, a nie psioczyć na znajomych. Przecież hbo już w momencie końca ostatniego odcinka danego sezonu zaczyna się wielkie odliczanie:
    10… już za rok następny sezon, a w nim…
    9… zamów dvd z serialem (uwaga: ukryte sceny seksu i wskazówki, kto zginie w następnym sezonie)
    8… zajrzyj do lodówki – gra o tron już tam jest
    7… nowy sezon już niedługo, a w międzyczasie obejrzyj 23 wywiad z aktorem x i martinem, którzy gadają o tym samym co w wywiadzie 22; ps. nie zapomnij zamówić hbo gogo
    6… tylko dla pierwszego miliona fanów – dildo z głową smoka i logo GoT (i hbo oczywiście)
    etc.

  4. @ Niclaire

    Tłumaczenie to jednak dla dużej grupy plus. Wystarczy zobaczyć, ile pod newsami o serialach i filmach jest pytań: „A wie ktoś, skąd napisy?” albo przypomnieć sobie oburzenie internautów, że na napisy do pirackiego „House of Cards” musieli czekać.

    @andrzej

    Przecież ja o tym piszę.