Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

29.04.2015
środa

„Avengers: Czas Ultrona” – recenzja przedpremierowa

29 kwietnia 2015, środa,

ageofultronAvengers to grupa komiksowych superbohaterów, w skład której wchodzą między innymi Iron Man, Thor czy Hulk.

Po raz pierwszy jako zespół zobaczyliśmy ich w 2012 roku, kiedy to spuścili łomot nordyckiemu bogu i armii przybyszów z kosmosu. We wchodzącym 7 maja do kin „Czasie Ultrona” mierzą się z morderczą Sztuczną Inteligencją. Efekt, jak można się było spodziewać, to ponad dwie godziny śmiechu i niezwykle, niezwykle efektownego kina.

MCU, czyli Kinowe Uniwersum Marvela, to obecnie największa, najbardziej dochodowa i najważniejsza seria blockbusterów. Składa się na nią 11 filmów, ale to stan na dzisiaj. Do tego należy dołożyć dwa już emitowane seriale („Agenci T.A.R.C.Z.Y.” i świetny „Daredevil”), kilka innych w produkcji i aż 10 kolejnych wielkoekranowych fabuł, rozplanowanych do lipca 2019 roku (nowa, „Ant-Man”, już w lipcu tego roku). Nikt inny nie tworzy z takim rozmachem.

Jaki jest sekret sukcesu Marvela? Podstawa to opisane wyżej połącznie filmów w jedno wspólne uniwersum, tzw. MCU. W praktyce oznacza to, że od mającego premierę w 2008 roku „Iron Mana” każdy kolejny obraz z tej wytwórni fabularnie łączył się z innymi, czasami zaledwie przez aluzje, czasami ściśle splatając kilka dużych wątków, tak że wydarzenia z jednego filmu mają wpływ na to, co dzieje się w kolejnych.

Pierwszym węzłem łączącym w całość pięć obrazów powstałych w latach 2008-2011 byli wspomniani „Avengers”. „Czas Ultrona” to drugi kamień milowy tej serii. Oba filmy dzielą trzy lata i kolejne cztery produkcje, o które w tym okresie wzbogaciło się MCU.

Tak, wiem, skomplikowane. Przed seansem „Czasu Ultrona” niekoniecznie trzeba jednak to wszystko w pełni zrozumieć, bo może i film nie jest samodzielną produkcją (bardzo wyraźnie widać, że mamy do czynienia ze środkowym rozdziałem większej opowieści), ale jego twórcy zadbali o to, by widz specjalnie się nie poplątał.

Bo też nie ma w czym – fabuła to w zasadzie postępujące kolejno sekwencje efektownych scen, z krótką przerwą na stworzenie prawdziwej Sztucznej Inteligencji (która postanawia wszystkich zabić), co w efekcie prowadzi do jeszcze większej liczby bardzo efektownych scen. I o to chodzi.

Bo drugim sekretem sukcesu kinowego świata Marvela jest doskonałe rozumienie idei kina rozrywkowego: oto film, w którym humor (ach, te one-linery) i efektowność mieszają się w doskonałych proporcjach, który już na wejście serwuje widzowi scenę wgniatającą w fotel, by później przebić to m.in. starciem Iron Mana z Hulkiem.

Gdzieś w tym wszystkim znajdzie się chwila na subtelny rozwój postaci, kiedy to – o dziwo – najbardziej zabłysną Hawkeye (pozytywne zaskoczenie), Czarna Wdowa i Hulk, gdzieś tam w tle rozgrywać się będzie konflikt między Kapitanem Ameryką i Iron Manem, którzy mają zupełnie inne pomysły na chronienie ludzkości, gdzieś bardzo głęboko ukryte są wątki odpowiedzialności twórcy za swoje wynalazki; ale przecież wszyscy doskonale wiedzą, że to tylko tło dla wybuchów i dużej liczby kopanych tyłków.

Można narzekać? Można. Tytułowy Ultron to wyjątkowo nijaki czarny charakter, nieumywający się nawet do Lokiego z „Avengers”, który wręcz przyćmił swoich przeciwników. Równie blado wypadły jego kopie-żołnierze, zabijane setkami przez herosów, w zasadzie stanowiące kopie Chitaurii z poprzedniego filmu.

Scen wybuchów i mordo- czy tam pyskobić było zaś tak dużo, że niespecjalnie zostało miejsce na cokolwiek innego, przez co „Czas Ultrona” pod względem ilości fabuły w fabule niebezpiecznie zbliżył się do „Transformersów”. Gdy zaś już akcja na chwilę zwolniła i można było wypowiedzieć kilka słów, pojawił się syntezoid (android, ale z organicznym ciałem) Vision, który wygadywał strasznie oczywiste i przesycone patosem rzeczy. W skrócie: „Strażników Galaktyki” czy „Kapitana Ameryki: Zimowego żołnierza” nie udało się przebić (zwłaszcza ten drugi góruje nad „Ultronem” faktem posiadania autentycznego scenariusza, a nie tylko pliku szkiców z sekwencjami walk).

Niemniej podczas seansu nie sposób było się nie bawić. Bawić świetnie, bo to niesamowicie śmieszny i widowiskowy film. Joss Whedon w zasadzie dał fanom Marvela dokładnie to, czego chcieli, podane w taki sposób, jak lubią – trudno więc narzekać. Można tylko wybrać się znowu do kina. Ja na pewno obejrzę ten film jeszcze raz.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Widzę, że powyższy komentarz nawiązuje do tematu bloga jedynie łącznością z rzeczywistością. Studia pediatryczne są tak samo realne jak Incredible Hulk.