Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

12.06.2015
piątek

„Jurassic World” wart obejrzenia, ale…

12 czerwca 2015, piątek,

Chris-Pratt-in-Jurassic-WorldDinozaur to zwierzę w Hollywood bardzo lubiane, bo kojarzy się z pieniędzmi, jakie zarobił „Park Jurajski”. Nie dziwi więc, że po 15 latach przerwy T-Rex i spółka wracają do kin, by znowu pożreć nasze portfele. I w sumie fajnie, że tak się stało.

Obawy przez filmem „Jurassic World”, czyli czwartą odsłoną dino-serii Stevena Spielberga (tym razem w roli producenta), miał każdy, kto widział fatalne „Zaginiony Świat: Park Jurajski” i „Park Jurajski 3”. Sam zwiastun nowej produkcji też zresztą nie nastrajał pozytywnie, bo obiecuje w zasadzie powtórkę z rozrywki, z powtórzeniem wszystkich najważniejszych elementów pierwszego filmu:

Czyli popularne w Hollywood motto: Obejrzyj to (czyt. Zapłać nam za to) jeszcze raz. Co wydaje się o tyle bezczelne, że niedawno „Park Jurajski” powrócił do kin w wersji 3D, ponownie drenując nasze portfele (bo ten film się nie zestarzał i obejrzenie go na wielkim ekranie wciąż jest frajdą). Jaki zaś ostatecznie okazał się „Jurassic World”?

Przewidywalny, to przede wszystkim. Ewidentnie widać tu, że oprócz opierania się na nostalgii widzów twórcy chcieli zachwycić dinozaurami nowe pokolenie kinomaniaków, przez co zaserwowali nam coś w rodzaju quasi-remake’u „Parku Jurajskiego”. Wszystkie główne zręby fabularne i kluczowe elementy franczyzy zostały powtórzone i choć rzecz jasna wprowadzono wiele zmian, uwspółcześniejąc historię, starszy widz bez problemu jest w stanie na kilka minut w przód przewidzieć każdy ważniejszy zwrot akcji. Zaskakiwani jesteśmy w zasadzie tylko wtedy, gdy w wyniku idiotycznych dziur logicznych (a takich nie brakuje) i głupoty bohaterów przydarza się coś niespodziewanego.

Ale. Mając to wszystko na uwadze, nie można powiedzieć, że obejrzenie „Jurassic World” nie sprawia frajdy. Sprawia. Sporą. Największa w tym zasługa Chrisa Pratta (znanego z roli Star Lorda w „Strażnikach Galaktyki”), który dźwiga całość na swoich barkach, zarówno jeżeli chodzi o akcję (sceny z nim i raptorami to ozdoba filmu), jak i humor. Grany przez niego Owen to typowy kinowy twardziel z niewyparzonym językiem, ale przy tym osadzeniu w schematach potrafi także się wyróżnić, nie jest „kolejną taką samą postacią”. Można powiedzieć, że największym plusem „Jurassic World” jest to, że w końcu mamy potwierdzenie: Chris Pratt byłby idealnym nowym Indianą Jonesem.

Bryce Dallas Howard również została świetnie obsadzona, dobrze gra (zwłaszcza w scenach napięć z postacią Pratta), a jej olśniewająca uroda to kolejny plus. Ale już z drugiej strony filmowym dzieciakom (Ty Simpkins i Nick Robinson) można tylko życzyć zostania pożartymi, tak irytują. W zasadzie nawet te kilka scen, w których chłopcy błyszczą, zawdzięczają Prattowi i jego bohaterowi, Owenowi, osobiście odpowiedzialni są zaś za wiele żenujących sekwencji. Kwintesencją bzdurności ich historii jest wątek rozwodu rodziców, wrzucony całkowicie bez przyczyny i rozwinięcia, a także nieopanowana chuć starszego z braci.

No ale film ma też dinozaury, a to plus. Ogromną robotę robią tu raptory, mniejszą Indominus Rex, główne zagrożenie „Jurassic World”. Cieszy również finał z fajnym przesłaniem i w zasadzie pokłonem w stronę pierwszego filmu, choć jednocześnie nie obyło się bez niedorzecznie wręcz wielkiej dziury logicznej, która kładzie się cieniem na całą historię.

Z pewnością większą frajdę z „Jurassic World” będą miały młodsze pokolenia, nieznające „Parku Jurajskiego” – ten film stworzono dla nich. A reszta? Reszta może iść dla Pratta i zamykać oczy, gdy na ekranie pojawiać się będą Simpkins i Robinson.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 6

Dodaj komentarz »
  1. Już po krótkim tekście widać kompletny brak obeznania z tematyką dinozaurów…

  2. W sensie? Tu gdzieś są fakty od dinusiach?;]

  3. Chociażby są choćby pewne reguły nazewnistwa. W stworzonej na potrzeby filmu nazwie gatunkowej są aż 2 błędy…

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. .

    Panie GEEK, podziwiam jakosc
    komentarzy pod panskim blogiem

    O and one more thing,

    dziekuje za usuniecie moich

    ~

  6. Przeglądam internet, a tu mpn… dinozaury cię wydały. Błąd nie dinusiowy panie Marcinie, a systematyczno-stylistyczny w ogóle – nazwy taksonów o randze od rodzaju włącznie w dół w przypadku zwierząt piszemy wszystkie kursywą, a nazwę gatunkową małą literą (rodzajowe wielką) ;]

  7. Stosowana przeze mnie pisownia jest identyczna z tą z napisów do filmu.