Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

13.07.2015
poniedziałek

Najgorsze filmy, które najwięcej zarobiły

13 lipca 2015, poniedziałek,

maxresdefault„Jurassic World”, czyli dokręcona po latach przerwy nowa odsłona dino-sagi od Spielberga, opanowuje kina z gracją Tyranozaura. Na koncie tej może nie tragicznej, ale dalekiej od wybitności produkcji jest już prawie półtora miliarda dolarów. Jakim cudem? Cóż, Hollywood ma bogatą tradycję kasowych sukcesów istnych filmowych gniotów.

„Avatar”

Najbardziej kasowy film w historii, a przy okazji fabularny potworek. To film do obejrzenia na raz, wyłącznie w kinie, najlepiej z jak największym ekranem. Wtedy to olśniewające efekty specjalne hipnotyzują widza, który w małym stopniu zwraca uwagę na fabułę.

Szokiem będzie jednak drugi seans, już na DVD czy nawet Blu-rayu – daje on nam szansę „docenić” scenariusz, czyli mieszankę „Tańczącego z wilkami” z „Pocahontas”, pisaną na kolanie sztampową opowieść o „białym” i „tubylcach”, gdzie ten pierwszy uczy się zwyczajów dzikiego ludu i staje wybrańcem. „Avatar” to po prostu sekwencja wyjątkowo ładnych obrazków, dla pozorów puszczana na tle fabuły o poziomie skomplikowania godnym książeczki dla czterolatków. Wpływy z biletów sięgnęły niemal 3 miliardów dolarów.

„Szybcy i wściekli 7”

Połowę mniejsze wpływy niż „Avatar”, ale chyba jeszcze gorsza fabuła. Uwaga, streszczam: brum, brum, wrrrr, trach, pif-paf, cmok, brum, brum, kaboooooom! To oczywiście kwestia konwencji, którą należy kupić w całości, bez mrugnięcia okiem.

Konwencję opierającą się na prostej jak cep historii (bo przecież nie o opowieść tu chodzi) i dużej liczby samochodów, które jeżdżą, latają, wybuchają, zderzają się i ścigają. Seria z filmu na film robi się coraz lepsza, ale to dlatego, że jej twórcy uczą się bawić historią, kręcą sceny tak nieprawdopodobne, że aż przezabawne, przez co film zyskuje na komediowości.

„Avengers: Czas Ultrona”

Pierwszy film z tej serii zarobił półtora miliarda, drugi tylko nieco mniej. Różnica poziomów jest jednak znacząca. Fakt, w „Czasie Ultrona” powracają znani i lubiani bohaterowie, wątek Hawkeye’a jest poprowadzony świetnie, nie sposób jednak nie zauważyć, że fabuła wzięła sobie wolne, rozsiadła się w fotelu i podziwiała długaśną paradę wciskających fotel sekwencji walk.

Jak choćby starcie Hulka z Hulkbusterem – wyjątkowo malownicza potyczka. Sęk w tym, że poza ową malowniczością drudzy „Avengersi” wiele nam nie zaoferowali: oto parada najróżniejszych superbohaterów, z wprowadzeniem kilku nowych postaci, przyprawiona kilkoma żartami (świetna scena z młotem Thora) i mnóstwem rzeczy, które robi „Bum!”.

„Transformers”

Na ten cykl obecnie składają się cztery filmy, z których dwa ostatnie zarobiły każdy po nieco ponad miliard dolarów. Jakim cudem? Zielonego pojęcia nie mam – można narzekać na „Avatara”, że fabuła to zlepek klisz, można krytykować „Czas Ultrona” za skupianie się na efektach, a „Szybkich i wściekłych” za niedorzeczne sceny akcji.

Jednak to seria Michaela Baya zawstydza wszystkie inne swoją dziecinnością, idiotycznym, kloacznym humorem, rasizmem, wybitnie złymi dialogami, jeszcze gorszymi postaciami oraz lenistwem reżysera, który potrafi niektóre ujęcia wykorzystywać kilka razy, udając, że to nowe sceny. Żenujące – to najłagodniejsze ze słów, jakie ciśnie się na usta, gdy myśli się o tym cyklu. Prymitywne – to kolejne określenie, które podsumowuje twórczość Baya.

„Piraci z Karaibów”

Jedną z największych współczesnych zagadek ludzkości jest pytanie, jak to możliwe, że ktoś kręci piąty film w tej serii. Serii, która z obrazu na obraz robiła się coraz gorsza.

Zaczęło się od niespodziewanego sukcesu „Klątwy Czarnej Perły” i wybuchu uwielbienia dla granego przez Johnny’ego Deppa kapitana Jacka Sparrowa. Potem było z górki, a raczej z równi pochyłej, prosto na dno – więcej Sparrowa, więcej coraz idiotyczniej niedorzecznych potyczek, przekombinowana fabuła pełna zdrad i spisków i… tyle.

Poza coraz silniejszym eksponowaniem dziwacznej postaci Deppa żadnego innego ciekawego pomysłu na te filmy nikt nie miał. Mimo to widzowie tłumnie udali się do kin.

„Alicja w Krainie Czarów”

Ta Tima Burtona. Film-potworek, podobnie jak „Piraci z Karaibów” oparty na cudacznym bohaterze granym przez Johnny’ego Deppa, czyli Szalonym Kapeluszniku. W przypadku tej klasycznej historii studio i reżyser poszli na łatwiznę – na fali sukcesu „Avatara” zasypali speców od grafiki komputerowej pieniędzmi, by ci wyprodukowali jak najwięcej kolorowych, migających obrazków. Dorzucili do tego 3D i opowieść o młodej dziewczynie, która walczy z więzami przeznaczenia (by ostatecznie zrobić wszystko wedle pierwotnych instrukcji) i Deppa, który bredził i tańczył, jakby ktoś zdzielił go w łeb. Podręcznikowy przykład gniota. Niespodziewany i zadziwiający sukces kasowy.

Wnioski? Nic oryginalnego: chodzenie na łatwiznę i wyciskanie ostatnich soków ze wszystkiego, co może zarobić, to największa ambicja Fabryki Snów. Od czasu do czasu udaje się nakręcić coś fajnego, od czasu do czasu dobry film odnosi sukces. Wpływy z biletów już dawno przestały mieć jednak jakikolwiek związek z jakością historii.

Dlatego dostajemy kolejnych „Piratów z Karaibów”, a Burton lada moment pokaże nam nową Alicję, podczas gdy fenomenalny „Dredd” nie zarabia wystarczająco, by opłacało się kontynuować tę opowieść. Dobrze, że na „Mad Maxie: Na drodze gniewu” widzowie się jednak poznali.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Nie żebym się nie zgadzał z tą listą ale warto jeszcze wspomnieć o dla mnie najbardziej jaskrawym przykładzie stopniowego głupienia ludzkości: sukcesie komercyjnym 50 twarzy Greya czy jak ta padaka się nazywała. 🙂 U nas w Polsce pobiła zdaje się jakieś rekordy frekwencyjne. Zgroza.

    Z innej beczki: dobrze też się dowiedzieć, że nowy Max komercyjnie też odniósł sukces. Bardzo się Millerowi udał.

  2. „Grey” to jednak niecałe 600 mln, więc niby dużo, ale mało.

    „Mad Max: Na drodze gniewu” – odniósł, jak na film z kategorią R. Przynajmniej na tyle, by ruszyła produkcja kolejnych części.

  3. Dziwny spis głupiołożnic. A raczej – dziwna konkluzja. Przecież chyba wszyscy wiedzą, że Hollywood kręci te padaki dla kasy i z pewnością BADA na grupach fokusowych te historie. Ludzie nie są krytykami filmowymi i po prostu takie rzeczy chcą oglądać. Film to biznes i już. Druga sprawa, chyba jeszcze ważniejsza. Górka zarobiona na gniotach dla tępoli, którzy zawsze maskują się chęcią przeżycia „czystej rozrywki bez myślenia” (zupełnie jakby na co dzień mieli wiele przemyśleń) jest przeznaczona na filmy średnio i niskobudżetowe, które albo się ledwo zwracają, albo sporo im brakuje. A trzecia sprawa – kino amerykańskie, nawet to najbardziej kloaczne i głupie i chamskie – to ZAWSZE warsztatowe majstersztyki. Jeszcze raz to napiszę. ZAWSZE. Bez wyjątku. No i tyle. I o to chodzi. Motion Pictures. Ruchome obrazki. Cała esencja kina. A jeśli ktoś pragnie sfilmowanej literatury – amerykanie przecież też mają w tym sensie kinowym bodaj najwięcej do powiedzenia.

  4. „Wnioski? Nic oryginalnego: chodzenie na łatwiznę i wyciskanie ostatnich soków ze wszystkiego, co może zarobić, to największa ambicja Fabryki Snów.”

    Niby tak, ale nie bardzo. Wnioski są takie same, jak od początku historii kina: obraz ma oderwać od rzeczywistości, zbajerować, oszołomić, czasem rozmarzyć.
    Dla takich celów, fabuła skomplikowana, życiowa, moralizatorska, mało wyrazista i wybuchowa słabo się nadaje.Więc osiąga dużo słabsze wyniki finansowe.