Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

28.07.2015
wtorek

Najlepsze filmy 2015 roku – pierwsze półrocze

28 lipca 2015, wtorek,

otwarcieZa nami siedem miesięcy roku, był więc czas na obejrzenie wszystkiego, co wyświetlano w kinach w pierwszym półroczu 2015. Działo się sporo, sporo z tego było nawet zaskakująco dobre. Który film zasłużył na miano tego najlepszego?

Podsumujmy. Nazwa bloga sugeruje Wam już jednak, że w rankingu znajdziecie tylko pozycje, które mogą interesować geeków. Oczywiście, film wybitny trafi do każdego, niezależnie od tego, czy to fantastyka, czy dramat, ale na potrzeby tego top 5 ograniczyłem grupę pozycji, z których wybierałem.

Gdyby odrzucić wszelkie kryteria gatunkowe, na pierwszym miejscu najlepszych filmów pierwszego półrocza 2015 roku bezapelacyjnie wylądowałby „Whiplash”. To prawdziwe dzieło sztuki, film perfekcyjny, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie, podobnie jak kreacja J.K. Simmonsa – dawno nie było tak bezdyskusyjnego Oscara.

Tylko nieco mniej przemówił do mnie świetny, nagrodzony Oscarem „Birdman” Alejandra Gonzáleza Iñárritu z wybitną rolą Michaela Keatona. W sumie nawet zastanawiałem się, czy akurat ten film – z racji podjęcia tematu superbohaterstwa, a nawet umownej fantastyczności – nie powinien załapać się do geekowskiej topki, jakoś mi jednak nie pasował do reszty zestawienia. Tak czy siak – świetne kino.

Listę filmów pominiętych, ale zdecydowanie wartych uwagi, zamyka „Teoria wszystkiego”, ta dobra, o Stephenie Hawkingu i jego żonie, Jane Hawking, również wyróżniająca się aktorstwem pierwszej klasy – Eddie Redmayne (słuszny Oscar) i Felicity Jones.

Tyle typów ogólnych. A geekowskie? Oto najlepsze filmy pierwszych sześciu miesięcy 2015 roku:

5. „Jurassic World”

Film przyjemny. Byłem pozytywnie zaskoczony, że tego dinozaura dało się jeszcze ożywić, może też seans wspominam ciepło, bo nie miałem jakoś szczególnie wygórowanych oczekiwań. Choć zdaję sobie sprawę, że ocenę znacznie podnosi tutaj idealnie dobrany do roli Chris Pratt, czyli Indiana Jones naszych czasów – typ aktora idealnie sprawdzającego się zarówno w roli bohatera kina akcji, jak i komika.

Minusów nie brakuje. Zawieszenie niewiary potrzebne jest spore, trzeba mieć też dużo wyrozumiałości dla idiotycznych zachowań postaci (próba walki z większym od tyranozaura gadem za pomocą paralizatora na kiju) oraz irytujących bohaterów (dzieciaki). W sumie jednak dostajemy przyzwoite kino rozrywkowe dla całej rodziny.

4. „Ex Machina”

Bardzo dobrze odgrzany kotlet. W warstwie scenariuszowej film Alexa Garlanda, jego debiut reżyserski, nie oferuje jakichś rewelacji – nie dla kogoś, kto w ostatnich latach czytał opowiadania czy powieści fantastyczne. Również sama reżyseria jest wtórna, bo mamy tu de facto do czynienia z wiernym kopiowaniem stylu Danny’ego Boyle’a. Ale…

Ale mimo to plusów jest mnóstwo. Choćby urzekający minimalizm wizji, gdzie AI nie niszczy miast, nie próbuje opanować świata, a za cały plan służy jeden dom na odludziu. Choćby świetny Oscar Isaac, czyli geniusz dziwak, jednocześnie fascynujący i przerażający. Również praca kamery, choć wtórna do Boyle’a, jest bardzo dobra, podkreśla klimat i wspomniany minimalizm. Należy również docenić, że scenariusz, choć nieinnowacyjny fabularnie, nie ma mielizn, nie zaskakuje nas głupotą postaci czy miałkością warstwy naukowej, co w blockbusterach jest normą.

„Ex Machina” na tle współczesnego kina SF wyróżnia się na plus. Mimo że na tle literatury gatunku jest po prostu kolejnym dziełem o tym samym.

3. „Co robimy w ukryciu”

Nowozelandzki horror komediowy o wampirach. Brzmi egzotycznie, bo taki jest ten film, ale przede wszystkim jest to coś świeżego, śmiesznego i tworzonego przez fanów historii o krwiopijcach, którzy znają wszystkie gatunkowe klisze i potrafią się nimi bawić.

Film ma formę dokumentu, w którym ekipa towarzyszy grupce wampirów współlokatorów. Panowie przedstawiają się i wprowadzają ludzi w realia swojego nie-życia, pokazują codzienne rytuały, opowiadają o wampiryzmie, przede wszystkim jednak pozwalają nam być świadkami tego, jak próbują ze sobą wytrzymać i współegzystować.

Całość realizowano niskobudżetwo, co widać. I dobrze. Jakiż ten film ma klimat, jak wspaniale wygląda, nawet ta przaśność efektów i śmieszni panowie podrygujący w strojach wilkołaków. I ten humor – fani będą wniebowzięci, gdy zobaczą, jak umiejętnie gra się tu schematami, bawi konwencją i naśmiewa ze wszelkiej maści dzieci nocy.

Perełka.

2. „Chappie”

„Pinokio” XXI wieku, gdzie główny bohater chce być zwykłym chłopcem, ale zaczyna nie jako drewniana zabawka, a jako metalowy robot policyjny, który zostaje pierwszą prawdziwą Sztuczną Inteligencją.

Wiele o tym filmie mówi fakt, że w głównych rolach obsadzono członków specyficznego zespołu Die Antwoort. To obraz trochę poważny, ale też w wielu miejscach przerysowany, ostatecznie zaś wchodzący w bajkowość, pełen humoru i scen, które sprawią, że będziecie tarzać się ze śmiechu (Chappie kradnący auta!).

Tę konwencję trzeba przyjąć, wczuć się w jej specyfikę – wtedy zrozumie się liczne uproszczenia, zwłaszcza w warstwie naukowej, spojrzy na „Chappiego” nie jako na głos w dyskusji o AI, ale jak na bajkę SF. Uroczą, pełną ciepła i humoru.

1. „Mad Max: Na drodze gniewu”

Niekwestionowany zwycięzca. Film, który wgniata widza w fotel już w pierwszych minutach, a potem z każdą chwilą oszałamia bardziej i bardziej. Czysta akcja, ze scenariuszem pisanym adrenaliną, z doskonale zbudowanym, bogatym tłem, gdzie świat post-apo został wzbogacony o niesamowitą mitologię.

Oto blockbuster idealny, który pokazuje, że prosta historia nie musi być ani głupia, ani prostacka. Ze scenami akcji tak widowiskowymi, że zapierającymi dech w piersi, a zrealizowanymi z minimalnym udziałem technik komputerowych.

George Miller po latach zmierzył się z własną legendą, wrócił do kultowej serii, która wydawała się nie do ruszenia. I dokonał rzeczy niebywałej – nie tylko sprostał oczekiwaniom, ale je przebił, dając nam najlepszy film w cyklu o „Mad Maxie”.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Pierwsze! miejsce dla nowego Maxa w pełni zasłużone. Bardzo się ten film wyróżnił tym w zalewie kiepskich remake’ów ii kontynuacj. No i najważniejsze finansowo wypalił wiec tylko czekać drugą część. Na razie czekam na BluRaya. 🙂

  2. Nowy „Mad Max” jest dobry, racja. ALE („Mad Max 2” ultrafan mode on). Max w nowym filmie jest nadpobudliwym mięśniakiem, zanika jego umiejętność improwizacji, rozwiązywania spraw sprytem i nieprzeciętną umiejętnością prowadzenia pojazdów. Furiosa zastępuje go, ale jednak nie do końca, bo jest postacią inną. I nie chodzi tu o aktora, nowy jest OK, tylko o kreację postaci, która traci polot z poprzednich części.
    Inna sprawa to los drugiego bohatera serii – zmodyfikowanego Forda Falcona vel Interceptora V8. Skoro już wrócił w nowej postaci to szkoda, że został potraktowany per noga.
    Wciąż wolę po raz setny obejrzeć pierwszych kilka minut z Mad Maxa 2 niż całą nową część: https://www.youtube.com/watch?v=0hUrcGCQV1g

  3. „Whiplash” zrobił na mnie również niesamowite wrażenie, już dawno jakiś film nie przygwoździł mnie tak do fotela i tym samym zgoda na pierwszą pozycję. W przypadku tego filmu żałuję jedynie, że nie przetłumaczono tytułu, bo zamiast obco i tajemniczo brzmiącego „Whiplash” – „Smagnięcie batem” wydawałoby mi się bardziej dosadne i adekwatne. Bardzo wartościowe filmy pojawiły się w tym okresie w kinach studyjnych. Tam na przykład, z podobnymi wypiekami, co poprzednika, obejrzałem „Turystę” Rubena Oestlunda. Zarysowany tam wir psychologiczny między postaciami i wynikające z niego napięcie, było chyba godne „perkusistów”. W innym, zupełnie biblijno-ewangelicznym klimacie nakręcono niesamowity gruziński film o ludzkim losie „Wyspa kukurydzy” (reż.George Ovashvili). Duże wrażenie zrobił tez na mnie, również odesłany do dystrybucji niekomercyjnej oskarowy film „Motyl Still Alice” (zdecydowanie wolę oryginalne Still Alice – Jeszcze Alicja) z niesamowitą rolą (właśnie oskarem nagrodzoną) Julianne Moore, Glatzer’a i Westmoreland’a.
    Ponieważ kino też powinno bawić, a o dobrą komedię wcale nie łatwo, przyznaję się do totalnego ubawienia się na islandzkiej „O koniach i ludziach” Benedikta Erlingsona i zaznania miłego relaksu na francuskiej „Za jakie grzechy dobry Boże” Philippe de Chauveron’a.
    Jak widać była to przy najmniej dla mnie bardzo dorodna filmowo połówka roku. Drugą otworzyłem równie silnym akcentem, ze wszech miar godną polecenia „Lekcją” Damiana Kocura z Bułgarii. Może to coś znaczy, ale filmowo nie jest źle, własciwie nawet całkiem dobrze!