Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

4.08.2015
wtorek

Sfinansujmy sobie film – przyszłość rynku dla fanów?

4 sierpnia 2015, wtorek,

wwditsJednym z lepszych filmów pierwszych sześciu miesięcy 2015 roku był nowozelandzki horror komediowy „Co robimy w ukryciu”. Jego polski dystrybutor za pomocą serwisu finansowania społecznego zbiera fundusze na wydanie DVD. Dobry pomysł?

Najpierw o filmie. „Co robimy w ukryciu” to mockumentary, czyli film udający dokument. Wraz z kamerą odwiedzamy pewien szczególny dom w Nowej Zelandii, którego lokatorami są wampiry. Krwiopijców jest czterech, jeden ma lat kilka tysięcy, dwóch kilkaset, jeden nieco mniej niż dwieście.

Najłagodniejszy z nich, urodzony i przemieniony w XVIII wieku, jest naszym przewodnikiem, on też odpowiada za troskę o udaną koegzystencję całej grupy. Z jego pomocą, wspomagani jego objaśnieniami, wchodzimy w świat stworów nocy, poznajemy ich zwyczaje, widzimy w naturalnym środowisku, przyglądamy się codzienności; od odkurzania, poprzez zgromadzenia lokatorskie i rozmowy o niezmywaniu naczyń przez 5 lat, po połajankę za zachlapanie sofy krwią, aż do relacji z wilkołakami i polowanie na ludzi.

Wszystko to podane jest z humorem, z każdej sceny aż przebija olbrzymia świadomość gatunku, wielka wiedza o popkulturze związanej z wampirami, każda scena jest pełna nawiązań, zabawy z konwencją, przede wszystkim zaś świetnych żartów. To pozycja idealna dla geeków, taka, którą w pełni docenią właśnie fani kina gatunkowego, którzy znają filmy i książki o krwiopijcach, znają schematy tego typu opowieści i będą w stanie bawić się z ich łamania.

Jak widać – mnie ten film oczarował. Zresztą nie tylko mnie, bo „Co robimy w ukryciu” zachwycił recenzentów, a także publiczność Warszawskiego Festiwalu Filmowego, która w 2014 roku przyznała mu swoją nagrodę.

Nie mam jednak złudzeń, że to produkcja niszowa, na którą gdyby do kin wybrało się więcej niż 50 tysięcy, byłbym zaskoczony (nie znam wyników box office). Nie dość, że temat hermetyczny, to jeszcze ani w obsadzie, ani w ekipie nikogo bardziej rozpoznawalnego niż gość, który w „Facetach w czerni 3” grał kosmitę i bez charakteryzacji nie sposób go rozpoznać. Za sam więc fakt, że film trafił w Polsce do kin, fani powinni być wdzięczni dystrybutorowi Mayfly.

Ten jednak idzie o krok dalej i na serwisie finansowania społecznościowego organizuje zbiórkę na edycję DVD i Blu-ray, wzbogaconą o sporo materiałów dodatkowych. Pierwsza reakcja? Dziwne. Druga reakcja – a jak inaczej można dać tej nielicznej grupce fanów taki produkt? Nasz rynek DVD i BR i tak jest mały i naprawdę dobrze sprzedaje się niewiele tytułów, 99 proc. oferty to zaś edycje, w których dodatkami specjalnymi określa się zwiastun kinowy (serio, serio). W normalnej sytuacji cudem byłoby więc w ogóle i najskromniejsze wydanie „Co robimy w ukryciu”; teraz zaś jest szansa na edycję dla fanów.

To pionierskie posunięcie, które powinno być przykładem dla innych. Bo mnóstwo jest filmów, które w oryginalnych edycjach miały wiele dodatkowych materiałów, do nas trafiały zaś okrojone. Mnóstwo jest, zwłaszcza w kinie fantastycznym, wydań z gadżetami, które do Polski nigdy nie trafiają. Dlaczego? Bo na naszym rynku to się nie opłaca, bo normalne kanały dystrybucji i sprzedaży są zbyt drogie, by opłacało się wprowadzać w nie tak niszowy produkt.

Mayfly ma więc chyba rację, próbując dotrzeć do fanów bezpośrednio. To jedyne wyjście, przynajmniej jedyne dla tych, którzy nie mają kilkudziesięciu tysięcy złotych, które można zaryzykować, licząc na to, że ludzie trafiliby na film, gdyby leżał gdzieś w empikach czy innych saturnach. Internet daje możliwość ominięcia klasycznych kanałów sprzedaży i komunikację bezpośrednią.

Trzymam więc kciuki i za chwilę deklaruję wpłatę na edycję Blu-ray. Raz – bo film jest tego wart, chętnie do niego wrócę, bardzo chętnie zobaczę materiały dodatkowe. Dwa – ewentualny sukces takiej akcji może być argumentem dla pojawienia się kolejnych podobnych przedsięwzięć, dzięki czemu polscy geekowie dostaną więcej wypasionych edycji ulubionych filmów.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop