Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

28.08.2015
piątek

Steven Spielberg wróci na szczyt?

28 sierpnia 2015, piątek,
Steven Spielberg i Tom Hanks na planie "Mostu szpiegów"

Steven Spielberg i Tom Hanks na planie „Mostu szpiegów”

Pod koniec listopada do polskich kin wejdzie „Most szpiegów” w reżyserii Spielberga, z Tomem Hanksem w roli głównej. Choć ponoć trwają negocjacje, by kręcony we Wrocławiu film pokazać już miesiąc wcześniej, na Narodowym Forum Muzyki. Byłoby to wydarzenie, bo wiele wskazuje na to, że tym obrazem słynny reżyser może przypomnieć o sobie widzom.

Spójrzmy na jego dorobek: „Poszukiwacze zaginionej Arki”, „E.T.”, „Park Jurajski”, „Lista Schindlera”, „Imperium słońca”, „Kolor purpury”, „Szczęki”, „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, „Hook”, „Amistad”, „Szeregowiec Ryan”, „A.I. Sztuczna Inteligencja”, „Złap mnie, jeśli potrafisz” i wiele innych. Czy jakikolwiek inny reżyser w historii dokonał tak wiele, kręcąc filmy tak fundamentalne dla tak różnych gatunków kina? „Amistad” i „Hook” – co bardziej odległego? A jednak, Steven Spielberg pokazał swój geniusz zarówno w „Liście Schindlera”, jak i „Szczękach”. I serii o „Indianie Jonesie”.

Od jakiegoś czasu wydaje się jednak nie być sobą, w sensie, że jego kino nie jest już tak przełomowe, nie oddziałuje na publikę tak jak na starsze pokolenia, wychowane na jego kinie fantastycznym i dzwoniące do domu z E.T. czy zafascynowane dinozaurami. „Raport mniejszości” i „Terminal” z 2004 roku były dobre, „Monachium” z 2005 również, ale później już średnio, a momentami nawet żenująco słabo: „Wojna światów”, „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” (zły, zły film), „Czas wojny”, „Przygody Tintina” (to zwyżka formy, ale nie było to wielkie kinowe wydarzenie) i ultraamerykański i pompatyczny „Lincoln”, którego ratowała wyłącznie wybitna kreacja Daniela Day-Lewisa. To nie są obrazy, które w jakikolwiek sposób mogą być porównywane do tego, co Spielberg kręcił w latach 80. i 90., które przejdą do historii kina i będzie się do nich wracać po latach (te stare wciąż się bronią – „Park Jurajski” bawi tak samo jak kiedyś, „Indiana Jones…” podobnie).

Inna sprawa, że ostatni wyreżyserowany przez Stevena Spielberga film w kinach mogliśmy obejrzeć w 2012 roku, czyli już jakiś czas temu. Oczywiście, sam filmowiec nie próżnował, bo jego nazwisko co rusz pojawia się przy różnych projektach, głównie jako producent lub producent wykonawczy, ale raz, że to nie to samo, a dwa – i tu różnie bywało, na co najlepszym przykładem fatalny serial „Terranova”, który zdjęto po pierwszym sezonie (mimo iż miał i dinozaury, i Spielberga).

Tym bardziej więc czekamy na „Most szpiegów”. Powodów jest kilka: film kręcono we Wrocławiu, Spielberg przerywa reżyserskie milczenie, ma ciekawy temat (ewakuacja szpiegów z wrogich krajów), no i znowu sprzymierza się z Tomem Hanksem, z którym wcześniej robili świetne „Szeregowca Ryana” i „Złap mnie, jeśli potrafisz”, a który „Kapitanem Phillipsem” pokazał, że wciąż potrafi grać, i to nie tylko w pełnych bieganiny ekranizacjach prozy Dana Browna.

Kolejne lata są zaś jeszcze bardziej ekscytujące. W 2016 roku mamy dostać „The BFG”, czyli familijną historię o przyjaźni dziewczynki i dobrodusznego olbrzyma, a także piątego „Indianę Jonesa” (i chyba najlepszym świadectwem na legendę Spielberga jest to, że mimo iż poprzednia część była fatalna, wciąż czekam na ten obraz). Jeszcze lepiej wygląda jednak rok 2017: znowu dwa filmy, tym razem ekranizacje książek „Player One” (z akcją osadzoną w wirtualnej rzeczywistości, pełną nawiązań do lat 80. i klasycznych gier wideo) oraz „Robokalipsa” (tytuł mówi wszystko: ludzkość kontra zbuntowane roboty). Czyli znowu fantastyka, znowu przygoda!

Może więc będziemy świadkami kolejnego wielkiego powrotu? Kolejnego, bo to, czego „Mad Maxem: Na drodze gniewu” dokonał George Miller, jest warte wspomnienia. Oby, oby Spielberg wrócił do kina najwyższej klasy w stylu podobnym do Millera.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. No dobrze, to teraz proszę mi wyjaśnić, dlaczego „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” to zły, zły film?

  2. Bo Indiana przeżywa w nim wybuch atomowy schowawszy się w lodówce, bo jego syn skacze po lianach jak Tarzan, a potem walczy na szable na jadącym samochodzie, jakby mu się pomyliło, że gra w „Piratach z Karaibów”. Bo zakończenie jest kiczowate i łopatologiczne.

  3. Ale przecież we wspomnianych przez Ciebie przykładach mamy do czynienia z typowym komiksowym przerysowaniem, widocznym także w poprzednich filmach z tej serii. Scena z lodówką jest świetna w swoim komizmie, a zakończenie nie jest choćby odrobinę bardziej kiczowate od tego z „Poszukiwaczy zaginionej Arki”. Moim – bardzo skromnym zresztą – zdaniem „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” to dobry film, niewiele ustępujący oryginalnej trylogii. Czekałem na ten film, nie rozczarowałem się i teraz czekam na dalszy ciąg przygód Indiany Jonesa.

  4. Czyli to kwestia indywidualna. Dla mnie właśnie to było w duchu starej trylogii, ale przeciągnięte za bardzo, a przez to kiczowate.