Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

21.09.2015
poniedziałek

Kino SF – oryginalne fabuły z ostatnich lat

21 września 2015, poniedziałek,

fKino, przynajmniej w wersji wysokobudżetowej, to w dużej mierze wtórność: sequele, prequele, remake’i, adaptacje – generalnie kolejne części kolejnych części, co widać zwłaszcza na poletku fantastycznym. Trochę całkowicie oryginalnych fabuł jednak powstaje. Przyjrzyjmy się im.

Plusem tak zwanej „sequelozy”, czyli toczącej Hollywood choroby, objawiającej się niepohamowanym dokręcaniem kolejnych części kasowych przebojów (bo na pewno potrzebujemy aż siedmiu „Szybkich i wściekłych” i piątych „Piratów z Karaibów”) jest to, że pewna grupa twórców nie bierze się za tworzenie, tylko odtwarzanie, przedłużając istniejące już opowieści. Niby to źle, ale pomyślcie sobie, co by było, gdyby Michael Bay nie zajmował się setną częścią „Transformersów”? Nudziłby się pewnie jak M. Night Shyamalan i produkował takie potworki jak „1000 lat po Ziemi”, czyli solidny kandydat do zaszczytnego tytułu najgłupszego filmu w historii. Albo filmy tak głupie u swej podstawy jak „Lucy”.

Bo problem kina fantastycznego polega na tym, że jest efektowne. A wielu reżyserów lubi efektowność. Studia też. Dlatego często nie przejmują się specjalnie wszystkim tym, co na ekranie istnieje obok ładnych obrazków – przykładami „Transcendencja”, „Jupiter: Intronizacja” czy wreszcie „Avatar” (a więc najgorszy film, który najwięcej zarobił).

Na szczęście istnieje, a w ostatnich latach powiększa się grupa reżyserów i scenarzystów, którzy naprawdę TWORZĄ, a nie tylko odtwarzają. Różnica jest ogromna. Jasne, również odtwórca może nakręcić świetny film: przykładem „Mad Max: Na drodze gniewu” George’a Millera, czyli czwarta już odsłona serii, albo „Pacific Rim” Guillermo del Toro, który pozornie nie jest ani adaptacją, ani kontynuacją, pełnymi garściami czerpie jednak z dorobku innych twórców, a zwłaszcza z anime.

Podobnie „Ex Machina”, która w temacie Sztucznej Inteligencji nie mówi nam niczego, czego literatura fantastyczna nie powtarzałaby przez ostatnią dekadę, albo „Interstellar” Nolana, gdzie trudno znaleźć coś w pełni oryginalnego, może poza wkładem fizyka Kipa Thorne’a. Do tej listy dopiszmy jeszcze „Niepamięć” z Tomem Cruisem – film lepszy, niż można się było spodziewać, ale znowu – czerpiący z pomysłów, które w powieściach SF uchodziłby już za utarte.

Choć przyznajmy: jeżeli porównywać powstające filmy z olbrzymią biblioteką powieści i opowiadań fantastycznych, stwierdzimy, że wszystko jest wtórne, bo ciągle tylko roboty, statyki kosmiczne, Obcy, podróże w czasie itp. No, nie do końca – jakiś ogólny temat może być utarty, ale nie oznacza to, że w jego ramach nie da się powiedzieć czegoś nowego albo tego samego powiedzieć w inny, ciekawy sposób.

Tutaj należy wymienić „WALL-E”, czyli piękną opowieść o kochającym robocie, a także wspaniały „Moon” Duncana Jonesa czy również jego „Kod nieśmiertelności” – oba opierają się na pomysłach dla SF klasycznych, ale wnoszą coś nowego, zwłaszcza „Moon” z Samem Rockwellem. Do worka dorzucamy jeszcze „Chappiego”, który jest wtórny, ale oryginalne jest w nim podejście bajkowe, a także „Loopera”, który miał naprawdę dobre momenty i pokazywał rzeczy, o których nikt wcześniej nie pomyślał (tortury), mimo że podróże w czasie to gatunkowy fundament.

Sporo tego, prawda?

Teraz więc należy przejść do filmów, które naprawdę pokazały COŚ NOWEGO. Znowu – temat może być stary, ale szczegóły czynią całą opowieść wyjątkową. Koronny przykład to „Dystrykt 9” Neila Blomkampa, który schemat Pierwszego Kontaktu wmieszał w opowieść o segregacji rasowej w RPA – to jeden z ciekawszych głosów naszego pokolenia. Obok niego na liście najlepszych oryginalnych fabuł SF ostatnich lat trzeba wymienić „Incepcję” – Nolan stworzył wyjątkowo spójną i ciekawą opowieść o de facto hackowaniu snów, którą pewnie naukowo można by obalać (obroniłaby się, gdyby zamiast farmakologii sny wywoływać jak rzeczywistość wirtualną, z połączeniem umysłów przez sieć komputerową), ale nie zmieni to faktu, że opowiedział ją niezwykle umiejętnie.

Sam mam jednak innych ulubieńców: „W stronę słońca” Danny’ego Boyle’a i „Oną” Spike’a Jonzego. Ten pierwszy to najlepiej zrealizowana opowieść o kosmicznej podróży (przykro mi, „Interstellarze”), jaka powstała w XXI wieku – jakiż tu realizm, i to na każdym polu, od scenografii, przez dobór załogi, aż do psychiki bohaterów i tego, jak wpływać będzie na nich samotność, a nawet bliskość Słońca. Piękny film z przepięknymi zdjęciami Alwina H. Kuchlera.

„Ona” to natomiast niekwestionowany numer jeden – niezwykła, zaskakująca historia narodzin i przemian Sztucznej Inteligencji. Pozornie to romans, ale tak naprawdę opowieść o nieuchronnej ewolucji maszyn i o tym, że ludzie są skazani na pozostanie w tyle. Przy okazji zaś Jonze, który słusznie dostał Oscara za scenariusz, naprawdę napracował się tu nad tłem, dzięki czemu „Ona” to także świetna fantastyka bardzo bliskiego zasięgu, prognozująca, jak będziemy wyglądać za lat kilka czy kilkanaście. Tu należą się słowa najwyższego uznania.

Osłodzą one nam fakt, że choć oryginalnej fantastyki powstaje sporo (najwięcej zdecydowanie na polu horroru), to w porównaniu z ogólną produkcją Hollywoodu jest to ułamek. Takie już jednak prawa rynku, dyktowane m.in. przez nas – skoro najchętniej chodzimy na to, co już znamy, po co dawać nam coś nowego?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop