Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

12.11.2015
czwartek

„San Andreas”, czyli radość z kataklizmu

12 listopada 2015, czwartek,

san-andreas-55323b8d0bff2Kino katastroficzne to wciąż popularny gatunek, w który ostatnio zapuścił się Dwayne „The Rock” Johnson. Efekt, „San Andreas”, to film równie rozrywkowy, co przewidywalny.

Ludzie jakoś tak mają, że lubią oglądać, jak różne rzeczy wybuchają, zawalają się, rozpadają czy są zalewane przez wodę. Reżyser Roland Emmerich niszczeniem świata wybrukował swoją karierę – z pomocą takich widowisk jak „Dzień Niepodległości”, „Pojutrze”, „2012” – a ponieważ te filmy konsekwentnie zarabiają setki milionów dolarów, nie brakuje idących w jego ślady kolegów.

Nowicjuszem na tym polu jest Brad Peyton, którego kojarzyć można z kina niewyszukanie rozrywkowego, jak choćby „Podróż na Tajemniczą Wyspę”. Na planie tego obrazu współpracował z Dwaynem Johnsone, byłym zapaśnikiem, a obecnie aktorem, powszechniej znanym jako The Rock. Kiedy więc Peyton postanowił, że w „San Andreas” potraktuje Los Angeles, San Francisco i okolice potężnym trzęsieniem ziemi, jego pomysłem na wyróżnienie tej produkcji było wzbogacenie jej obecnością jednego z bardziej rozpoznawalnych aktorów współczesnego kina akcji. Problem w tym, że na tym innowacyjność „San Andreas” się kończy.

Trzeba powiedzieć jasno: to dobry film rozrywkowy. Jego rolą jest zabawienie widza, rozerwanie go, pokazanie kilku efektownych ujęć i dostarczenie wymówki dla przygotowania popcornu. Pod tym względem sprawdza się doskonale, realizacyjnie też naprawdę nie zawodzi: efekty komputerowe to najwyższa światowa klasa, rozmach kataklizmu jest naprawdę ogromny, udało się nawet zaangażować niezgorszą obsadę.

Może tym bardziej szkoda, że scenariusz jest tak przewidywalny, że po kolejnych scenach, gdzie bez problemu zgadujemy, co dokładnie za chwilę się stanie, widz może zacząć podejrzewać samego siebie o talent prekognicki. Tymczasem ta historia jest po prostu tak bardzo leniwie prowadzona, idzie tak oczywistymi ścieżkami, że tropy z łatwością rozpozna każdy, kto widział choćby pół filmu katastroficznego.san-andreas-okładku-blu-ray-i-blu-ray-3dBądźmy przy tym uczciwi, nie dla gry aktorskiej czy innowacyjności ogląda się kino pokroju „San Andreas”, ale po to, by cieszyć oczy festiwalem zniszczenia. I takowy festiwal otrzymujemy: trzęsienie ziemi, które nawiedza Kalifornię, rozgrywa się w niesamowitej skali, tak że jesteśmy świadkami niemalże wszystkiego – od składania się wieżowców niczym domki z kart aż po tsunami.

Można było lepiej, nawet biorąc pod uwagę konwencję? Owszem, „Pojutrze” to idealny na to przykład. W „San Andreas” mamy jednak The Rocka, który jest wartością samą w sobie i wyróżnia tę produkcję na tle innych blockbusterów.

Chwali się też fakt, że w polskiej edycji Blu-ray widz dostaje niemało dodatków. Może i „Hobbit” to to nie jest, ale oferuje nam się wizytę na planie i zajrzenie za kulisy, co w przypadku tak widowiskowego kina katastroficznego jest wyjątkowo ciekawe.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Wydawałoby się, że trzęsienie ziemi plus Alexandra Daddario, to murowany przepis na sukces. Niestety: zamiast pokazywać falujące, drżące, podskakujące cudne pagórki i wzgórza – film skupia się na niezbyt interesujących formacjach geologicznych oraz jakimś mięśniaku. Zmarnowana szansa! 😉