Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

27.11.2015
piątek

„Hobbit: Bitwa pięciu armii” w wersji reżyserskiej – wrażenia

27 listopada 2015, piątek,

HOBBIT_1Wydanie „Bitwy pięciu armii” w wersji rozszerzonej zamyka kolejny rozdział w filmowej historii Śródziemia, i to prawdopodobnie na długie lata. Jak wypada ta dłuższa od kinowej i bogata w materiały dodatkowe wersja?

Zacznijmy od stwierdzenia oczywistości: filmowa trylogia „Hobbit” nie sprostała oczekiwaniom fanów filmowej trylogii „Władca Pierścieni”. Te filmy były po prostu gorsze, a zgubił je przede wszystkim brak umiaru Petera Jacksona w tworzeniu absurdalnych scen akcji, z iście cyrkowymi popisami, które wyglądały nie tyle efektownie, co żenująco.

Oczywiście i „Hobbity” miały swoje świetne momenty, jak na przykład pierwsza rozmowa ze Smaugiem czy wizyta u króla elfów z Mrocznej Puszczy, a Martin Freeman to Bilbo doskonały (i niesłusznie pominięty za pierwszy film w serii w Oscarowym rozdaniu). Co nie zmienia faktu, że więcej w tym wszystkim było ujęć rodem z dziwacznej gry komputerowej (walka z goblinami, starcie krasnoludów ze Smaugiem) i niepotrzebnego rozciągania fabuły (wątek miłosny elfki z krasnoludem) niż magii świata Tolkiena.

Wersje reżyserskie, które Peter Jackson przygotowywał dokładnie tak jak przy „Władcy Pierścieni”, rozszerzając każdy film o kilkadziesiąt minut scen wyciętych z edycji kinowych, zwykle nieco podnosiły ocenę, ciekawie rozwijając wątki i zmieniając niekorzystny stosunek fabuły do efekciarstwa.

W „Bitwie pięciu armii” edycja dłuższa niekoniecznie jest lepsza. Uczucia są raczej mieszane, bo choć dostajemy dużo ciekawszą tytułową bitwę, rozszerzoną choćby o początkowe starcie elfów i krasnoludów, a także dużo naprawdę świetnych i bardziej krwawych ujęć walk, to z drugiej strony większość dodatkowych minut to sceny jeszcze bardziej kuriozalne niż te, które wszyscy wyśmiewali po kinowych seansach ostatniego „Hobbita”.

Ujmę to tak: w kinowej wersji Legolas lata, trzymając się wielkiego nietoperza, i skacze sobie po spadających cegłach niczym Mario w jednym z poziomów swojej gry; w wersji rozszerzonej rzeczony Legolas z rzeczonego nietoperza zwisa głową w dół (jak trzyma się go nogami – nie mam pojęcia) i przelatując nad szeregiem na oko 100-200 orków, zabija ich wszystkich, tnąc swoimi nożami niczym pomidorki na sałatkę (ostatni filmik, na dole wpisu). Widz ma ochotę odwrócić wzrok.

Warto też wspomnieć, że w wersji rozszerzonej krasnoludy mają w arsenale… kusze szybkostrzelne, ślące bełty w przeciwnika z prędkością karabinu maszynowego. Skoro opracowali taką technologię, po co im miecze i topory? Wystarczyłoby sto takich kusz i pokonaliby każdą armię Śródziemia. Niestety, w tym wypadku z domu zabrali ledwie kilka, używają zaś aktywniej w sumie jednej.

 Źródło: Galapagos

Źródło: Galapagos

Aha… dodatkowe minuty otrzymuje również Alfrid, czyli Jar Jar Binks Śródziemia, a w jednej scenie Gandalfowi różdżka szwankuje niczym stara Nokia niełapiąca zasięgu.

DODATKI

Tyle narzekania. Teraz czas na zachwyty: edycja rozszerzona to przede wszystkim ponad dziewięć godzin materiałów z planu realizacji „Bitwy pięciu armii”, w czasie których Peter Jackson znowu zabiera nas w podróż do samego centrum świata filmu i pokazuje każdy zakamarek swojej pracowni. Pal sześć filmy, te dokumenty to coś absolutnie wyjątkowego; to w zasadzie podstawowe kursy szkoły filmowej w wersji przyśpieszonej, od metodologii prac nad scenariuszem, przez grę aktorską, aż do kostiumów, scenografii, przygotowania rekwizytów, pracy na efektami komputerowymi, dźwiękiem, montażem i tym podobnym. Fascynujące.

Ponieważ zaś „Bitwa…” to ostatni rozdział filmowej historii Śródziemia, i to wydanie ma specjalny wydźwięk, bo pokazuje nam momenty rozstań, bardzo wzruszające. Czyż to nie szokujące, że te materiały poruszają stokroć bardziej niż wszystkie sceny śmierci w samym filmie razem wzięte? To w tych dokumentach kryją się autentyczne emocje.

I tak jak będę krytykować Petera Jacksona za filmy, które popsuł wyraźnym brakiem wyczucia i skupieniem się na efekciarstwie, tak nie mogę nie oddać mu hołdu za tytaniczną pracę przy tych wspaniałych dokumentach, dla których warto kupić edycje rozszerzone.

Na rynku nie ma lepszych rzeczy na DVD czy Blu-rayach.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop