Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

7.12.2015
poniedziałek

Seriale fantastyczne, które warto oglądać. Część 1: Horrory

7 grudnia 2015, poniedziałek,

Ash vs. Evil Dead

Fantasy, science fiction i horror na małym ekranie radzą sobie coraz lepiej. Wybornie wręcz. Jest więc w czym wybierać. Oto lista seriali, które będą warte Waszego czasu. Zaczynamy od grozy.

Wielkobudżetowe kino fantastyką stoi. Na małym ekranie przez lata był tu jednak problem, bo koszty sprawiały, że ambitne produkcje raczej porzucano, zamiast tego realizując potworki pokroju „Czarodziejek”, gdzie wątki fantastyczne traktowano jako wymówkę dla fabularnych głupstw. Ostatnie lata, wpływ choćby „Gry o tron”, ale i w ogóle dobra koniunktura na małym ekranie sprawiły jednak, że producenci wręcz rzucili się na fantasy, SF i grozę. Podsumujmy ich dokonania.

Zaznaczę jednak, że wymienię tylko seriale udane.

Horror
Tu dzieje się sporo. Produkcją flagową jest rzecz jasna „The Walking Dead”, czyli ekranizacja serii komiksowej Roberta Kirkmana, a zarazem jeden z najpopularniejszych seriali w historii. Z formą bywa różnie, niesławny jest zwłaszcza wyjątkowo kiepski sezon 4., lecz ostatnio dzieje się jakby więcej dobrego. Seria 6. to więcej akcji, więcej zombie i więcej działania, czyli dokładnie to, czego brakowało choćby w sezonie piątym.

The Walking Dead

The Walking Dead

Warto więc się męczyć? Tak. Przede wszystkim dlatego, że pierwsze dwa, trzy sezony są naprawdę, naprawdę udane. Później bywa różnie, ale to wciąż najlepsza produkcja o zombie na małym ekranie, więc jeżeli ktoś lubi żywe trupy, powinien dać produkcji AMC szansę.

W tym roku dodatkowo otrzymaliśmy „Fear The Walking Dead”, czyli sześcioodcinkowy wstęp do zombieapokalipsy – w „TWD” widzimy świat opanowany przez żywe trupy, natomiast „Fear…” pokazuje nam moment wybuchu epidemii i pierwsze dni jej rozszerzania się na cały świat. Poziom jest zbliżony do „The Walking Dead”, czyli bywa nierówno, ignorancja bohaterów potrafi też irytować, ale z drugiej strony grozy tu jakby więcej.

Inną apokalipsę widzimy w „Wirusie”, czyli serialowej adaptacji cyklu powieściowego Guillermo del Toro i Chucka Hogana. Różnica jest taka, że zamiast bezmyślnych zombie mamy wampiry, częściowo również bezmyślne, zredukowane do roli głodnych zwierząt, ale kierowane przez kilka wyjątkowych jednostek. W tej produkcji świat wciąż działa po staremu, choć walka zaczyna opanowywać pierwsze miasta; my śledzimy grupę bohaterów, w tym naukowców z Centrum Chorób Zakaźnych, którzy walczą z tytułowym wirusem wampiryzmu.

Wirus

Wirus

Podobnie jak w „The Walking Dead” – z poziomem jest różnie. Irytować potrafi zwłaszcza momentami kuriozalnie bezmyślne zachowanie niektórych postaci, z kulminacją w finale pierwszego sezonu. Grozy jednak nie brakuje, sporo wątków jest naprawdę dobrych (ten z przeszłości, z obozami śmierci), a i humoru więcej niż w historii o zombie. Dobra, choć nie wybitna rozrywka.

Najlepszą rozrywkę wśród serialowych horrorów zapewnia natomiast „Ash vs. Evil Dead”. Jest to kontynuacja opowieści o tytułowym Ashu, bohaterze znanym z „Martwego zła” i „Armii ciemności”, który przed laty nabroił, uwalniając Zło z pomocą księgi Necronomicon. Teraz, po kilku dekadach, demony wracają i wydają się silniejsze niż przedtem, nasz leniwy i gburowaty heros musi więc zrobić sobie przerwę od podrywania kobiet w barach i obijania się w robocie. Wprawdzie robi to niechętnie, ostatecznie jednak okoliczności zmuszają go do sięgnięcia po obrzyna i piłę motorową i ponowne starcie z piekielnym pomiotem.

I bardzo dobrze, że to robi, bo efekt jest przekomiczny. Ash to wspaniała postać, bohater kuriozalny i przerysowany, ale przy tym szalenie zabawny, co w połączeniu z naprawdę krwawymi i pełnymi grozy scenami tworzy wyjątkową mieszankę. Sam Raimi i Bruce Campbell tu nie zawodzą i wracając do tego świata po latach, udowadniają, że wciąż potrafią tworzyć coś tak bezpretensjonalnie radosnego jak opowieść o Ashu.

Constantine

Constantine

Groza i humor świetnie łączyły się również w „Constantine”, choć tego pierwszego nie było tak wiele jak u „Asha…”, a i nie było tak dziwacznie. Niestety, akurat o tym serialu trzeba już mówić w czasie przeszłym, bo został anulowany po pierwszym sezonie. Choć ja wciąż go polecam – jasne, nie otrzymacie odpowiedzi na wiele pytań, nie zobaczycie ostatecznego starcia Johna z Ciemnością, ale znajdziecie tu kilka naprawdę świetnych odcinków, sam tytułowy bohater jest zaś zagrany wybornie. To jedna z moich ulubionych produkcji ostatnich lat i nie mogę przeboleć, że nie wróci w drugiej serii.

Skoro zaś jesteśmy przy produkcjach skasowanych, nie mógłbym nie wspomnieć o „Dolinie Nieumarłych”, czyli cudownej produkcji MTV, utrzymanej w duchu „Asha…”, choć starszej od serialu o nim o kilka lat. Cały pomysł polega na tym, że pewna dolina w Kalifornii zostaje najechana przez wampiry, wilkołaki i zombie. Ludzie nie chcą jednak jej opuścić, tu są ich domy, starają się więc koegzystować z monstrami. Gdy zaś pojawiają się spięcia, do akcji wkracza specjalny wydział policji – i to są nasi bohaterowie.

Humor jest tu absurdalny, podobnie zresztą jak fabuła i postacie. Jeżeli jednak komuś spodoba się ta atmosfera, czeka go niesamowita zabawa. Nie wiem, jak MTV mogło skasować tę produkcję, wiem jednak, że mnie rozbawiła jak mało która inna i wracałem do niej nie raz, nie dwa, bo choć powstał tylko jeden sezon, to te nakręcone odcinki to prawdziwe unikaty. Gorąco polecam dać szansę tej zwariowanej produkcji.

Ładnych kilku sezonów doczekał się z kolei „Grimm”. Nie jestem może wielkim fanem opowieści o baśniowych i bajkowych stworach, ukrywających się na Ziemi i walczących z tytułowym Grimmem, czyli łowcą monstrów, ale przyznaję, że spodobała mi się ta mieszanka kryminału i horroru, co też ważne – serial dobrze ogląda się w większych ilościach.

Znajdziecie tu tylko nieco grozy, ale za to sporo zabawy ze znanymi historiami o Czerwonym Kapturku czy Trzech misiach, należy też docenić odważne decyzje fabularne i kilka naprawdę zaskakujących zwrotów akcji – „Grimm” ma momenty szokujące, które ożywiają opowieść i sprawiają, że chce się oglądać kolejne sezony.

To tyle jeżeli chodzi o horrory.

Za tydzień, 14 grudnia, przyjrzymy się serialom fantasy.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop