Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

21.12.2015
poniedziałek

Seriale fantastyczne, które warto oglądać. Część 3: SF

21 grudnia 2015, poniedziałek,
The Expanse

The Expanse

Jeżeli chodzi o fantastykę, na małym ekranie najwięcej jest science fiction. Sęk w tym, że z poziomem tych produkcji bywa bardzo różnie. Na szczęście nie brakuje też seriali wartych Waszej uwagi.

W przypadku telewizyjnego fantasy króluje „Gra o tron”, w grozie liderem pozostaje „The Walking Dead”, natomiast w SF… no właśnie. Przez lata to ta twarz fantastyki rządziła małymi ekranami, od „Star Treka” przez „Gwiezdne wrota” aż do „Battlestar Galactica” i „Z Archiwum X”. Obecnie takiego hitu nie uświadczymy – seriali fantastyczno-naukowych jest naprawdę dużo, żaden jednak nie skupia tylu fanów co wspomniane wyżej produkcje HBO i AMC. Co nie oznacza rzecz jasna, że fani science fiction nie mają w czym wybierać.

Wystarczy wymienić choćby fenomenalne brytyjskie „Czarne lustro” (które ma wrócić!), ale i hit ostatnich miesięcy – „Humans”, w wersji szwedzkiej i amerykańskiej. Jak i „Orphan Black”, „Limitless” czy „Sense 8”, których wprawdzie nie widziałem, ale opinie zbierają bardzo dobre.

Bywa oczywiście i źle. Jak każdy inny rodzaj fantastyki i SF często wykorzystywane jest jako wytrych, dzięki któremu mierna fabuła zyskać ma na efektowności. Przykładem spektakularnej klęski jest „Terra Nova”, czyli produkowany przez Spielberga powrót dinozaurów, który był tak kiepski, że po pierwszym sezonie został zdjęty. Wielkim zawodem jest również „Raport mniejszości”, który dobrze radzi sobie ze scenografią i budowaniem świata przyszłości, ale scenariuszowo jest tak słaby i pozbawiony jakiejkolwiek oryginalnej myśli, że trudno zdzierżyć choćby kilkadziesiąt minut.

Nie jestem też fanem kosmicznego „Dark Matter” – space opery od SyFy, czerpiącej z najgorszych wzorców kiczowatych seriali SF z lat 90., i „12 małp” w wersji serialowej, które zaczęły się bardzo obiecująco, szybko jednak zdążyły mnie znużyć, tak że w pewnym momencie po prostu przestałem śledzić tę opowieść.

The Expanse

The Expanse

Na szczęście SyFy pod koniec tego roku zdecydowanie poprawiło swoje notowania dwoma wyjątkowo udanymi produkcjami. Pierwszą jest „The Expanse”. To ekranizacja serii powieści Jamesa S.A. Coreya (pseudonim Tya Francka i Daniela Abrahama), tworzona z niemałym rozmachem space opera, z akcją osadzoną w XXIII wieku. Oko cieszą tu naprawdę dobre (i to nie tylko jak na telewizję) efekty specjalne, bazowanie na twórczości Coreya dało zaś scenarzystom kilka dobrych wątków i plejadę ciekawych postaci, a w pierwszych odcinkach chwalić trzeba dobry montaż i prowadzenie akcji – twórcy dobrze operują tajemnicą, umiejętnie też skaczą od wątku do wątku, a te są różne, bo od kryminału (z iście chandlerowskim detektywem) do horroru w kosmosie (coś w stylu „Obcego”).

Drugim udanym tegorocznym strzałem SyFy jest miniserial „Koniec dzieciństwa”. Znowu ekranizacja, tym razem nie współczesnego hitu, a klasyka – powieści Arthura C. Clarke’a pod tym samym tytułem. To opowieść o Pierwszym Kontakcie, nie traktuje jednak o klasycznej inwazji. Zwierzchnicy, jak nazywa ich ludzkość, przewyższają nas pod praktycznie każdym względem (ich pojawienie się objawia się na przykład uziemieniem wszystkich samolotów), na Ziemię przybywają zaś nie podbijać, a pomagać, uczyć. Za ich sprawą ludzkość wchodzi w Złotą Erę, bez głodu, wojen, niesprawiedliwości. Clou serialu to powolne odkrywanie kolejnych tajemnic Obcych i ich prawdziwych celów.

SyFy popisało się tu bardzo dobrą realizacją, dzięki czemu ich trzy półtoragodzinne odcinki ogląda się niczym filmową trylogię. Serial jest silny siłą powieści Clarke’a, którą SyFy po prostu udanie przeniosło na mały ekran. Produkcja ta spodoba się fanom klasycznego SF.

Ci zresztą powinni także docenić „The Man in the High Castle” od Amazona. Tak, znowu ekranizacja – tym razem „Człowieka z Wysokiego Zamku”, a więc jednej z najbardziej znanych powieści wielkiego Philipa K. Dicka. Jest to wizja alternatywnej historii, gdzie Niemcy wygrały II wojnę światową, czego efektem jest okupacja Stanów Zjednoczonych przez nazistów (wschodnie wybrzeże) i Japonię (zachodnie wybrzeże). Budżetu tu nie szczędzono, obsadę również skompletowano niezgorszą, a narzekać można tylko ewentualnie na raczej swobodne podejście do materiału źródłowego – wizja świta została ta sama, jednak poszczególne wątki podrasowano, by bardziej pasowały do sensacyjnej opowieści.

The Last Man on Earth

The Last Man on Earth

Tyle jeżeli chodzi o adaptowanie literatury. Z oryginalnych fabuły wyróżnię trzy, zupełnie różne. Pierwszą jest „The Last Man on Earth”, czyli komediowe spojrzenie na koniec świata oraz filmy, i seriale postapokaliptyczne. Problemem jest tu wyjątkowo nierówny poziom (świetny początek pierwszego sezonu, późniejszy spadek formy, potem zwyżka w drugim sezonie), a zaletą absurdalne poczucie humoru i przynajmniej kilka naprawdę ciekawych pomysłów, przede wszystkim zaś rola Willa Forte.

Postapokaliptyczny jest również „Into the Badlands”, kolejna tegoroczna nowość. To interesujący serial, w którym na pierwszy plan wybijają się przede wszystkim niezwykle efektowne pojedynki. Przoduje główny bohater, Sunny (Daniel Wu), czyli szkolony od dziecka zabijaka, rozkładający przeciwników na łopatki z pomocą kopniaków i miecza.

Choć postapokalipsa, żaden to „Mad Max”, z pustkowiami itp., a po prostu nowy świat, wyrosły na gruzach starego, który odszedł w wyniku serii tajemniczych wojen. Resztki ludzkości grupują się tu wokół baronów, czyli wielkich wojowników, którzy w czasie chaosu zdołali zaprowadzić porządek i ocalić część ludzi, by potem uczynić z nich swoich niewolników.

Sporo tu krwi, mało dialogów, dużo mordobić. To serial pełen akcji, nie pretendujący do bycia czymkolwiek więcej, i to jego największa zaleta – sprawdza się jako świetna rozrywka.

Person of Interest

Person of Interest

Na koniec zostawiam najlepsze: „Person of Interest” (w Polsce jako „Wybrani” albo „Impersonalni”), czyli serial SF o sztucznej inteligencji. Z początku może Was zmylić, bo ani nie zobaczycie tu futurystycznej wizji przyszłości, ani androidów, ani nawet samej Sztucznej Inteligencji – zaczyna się od pewnego komputerowca z miliardami i wynajętego przez niego twardziela. Wspólnie panowie próbują zapobiegać zbrodniom, których popełnienie przewiduje skonstruowana przez komputerowca maszyna (powstała dla rządu USA, ten jednak interesował się raczej terrorystami niż zwykłymi morderstwami), czego efektem jest klasyczny procedural, ze śledztwem tygodnia.

Z odcinka na odcinek serial się jednak rozwija, wątek Sztucznej Inteligencji jest wzmacniany, obecnie zaś wielu uważa „PoI” za jedną z najlepszych produkcji, jakie możecie znaleźć na małym ekranie. Warto dać się wciągnąć.

Zapowiedzi:

Przed nami dużo dobrego, to na pewno. Wystarczy powiedzieć, że pod koniec stycznia powróci „Z Archiwum X”. Z nowości jednak ja osobiście wypatruję dwóch: „Westworld” oraz „Hyperiona”. Ta pierwsza to produkcja HBO, oparta na filmie z 1973 roku, a opowiadająca o tytułowym futurystycznym parku rozrywki. Producentem jest tu J.J. Abrams, całością kieruje zaś Jonathan Nolan – brat bardziej znanego Christophera, twórcy opisanego powyżej „Person of Interest”.

Numerem jeden na liście wyczekiwanych premier jest jednak „Hyperion”. SyFy mierzyć się tu będzie z jedną z najważniejszych powieści SF, arcydziełem pióra Dana Simmonsa, które na wielki ekran planował przenieść Ridley Scott. Skończyło się na telewizji, co może i dobrze wróży, bo ta historia chyba lepiej sprawdzi się jako serial. Jak zaś poradzi sobie SyFy? Oby co najmniej tak dobrze, jak w przypadku „Końca dzieciństwa”.

Za tydzień, 28 grudnia, część ostatnia: seriale komiksowe.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. A ja właśnie sobie przypominam, od kilku dni, świetny Battlestar Galactica… jeszcze trochę mi zostało i już szkoda, że niedługo skończą mi się odcinki… fajne…polecam 🙂