Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

31.12.2015
czwartek

Najlepsze filmy 2015 roku (i też najgorsze)

31 grudnia 2015, czwartek,

ggggOstatni dzień mijającego roku to doskonały pretekst do podsumowań. Przyjrzyjmy się temu, co ciekawego w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy działo się w świecie filmu.

Rok 2015 był kolejnym dobrym rokiem dla kina, bardzo dobrym nawet. Wprawdzie Marvel zawiódł, bo zarówno „Avengers: Czas Ultrona”, jak i „Ant-Man”, choć przyjemne, nie spełniły wysokich oczekiwań, ale za to działo się wiele innych ciekawych rzeczy.

Najlepszym filmem roku był fenomenalny „Whiplash”, niemalże równie dobry był „Birdman”, nie można też nie wspomnieć o „Legend” i popisowej podwójnej roli Toma Hardy’ego.

Poniższe zestawienie skupi się jednak na filmach dla geeków, a więc fantastycznych, blockbusterach, efektownych widowiskach. Oto TOP 5 roku 2015:

5. „Everest”

Oparta na faktach filmowa opowieść o najwyższej górze świata i jej ofiarach. Fabuła skupia się na kilku grupach, składających się z doświadczonych wspinaczy i amatorów, którzy zapłacili za asystę w zdobyciu Mount Everest, oraz na kilku dniach, w czasie których podjęli oni próbę wejścia na szczyt i zmierzyli się z gwałtownym załamaniem pogody.

Oglądaniu „Everest” towarzyszą ogromne emocje. Raz, że groza góry jest odczuwalna, co doskonale wpływa na napięcie i zwłaszcza w finale każe śledzić losy bohaterów z zapartym tchem. Dwa – wizualnie jest to film dla oka niezwykle przyjemny, pełen niezwykłych pejzaży i efektownych ujęć, realistycznych do tego stopnia, że przy niektórych scenach nad przepaściami osoby mające lęk wysokości mogą odczuwać dyskomfort.

Dołączmy do tego upstrzoną gwiazdami i talentami obsadę, a przede wszystkim niezwykłą, przerażającą opowieść o najwyższej górze świata, a otrzymamy film wart uwagi kinomaniaków.

4. „Kingsman”

Najbardziej bezkompromisowy film roku. Największe zaskoczenie roku. Wprawdzie osoba reżysera, Matthew Vaughana, pozwalała zakładać, że będzie to obraz udany, ale z drugiej strony całość jest tak absurdalna, że trudno było wierzyć, że „Kingsman” nie rozpadł się pod naporem tej dziwaczności.

To coś jakby satyra na filmy szpiegowskie, ale posunięta naprawdę daleko, a do tego wyjątkowo brutalna, napchana niezwykle wymyślnymi i cudacznymi pomysłami (bohaterka z ostrzami zamiast nóg), bezczelnie wulgarna (ostatnia scena ze szwedzką księżniczką) i w efekcie naprawdę zabawna.

Dużo akcji, dużo śmiechu – wielkie zaskoczenie.

3. „Co robimy w ukryciu”

Niskobudżetowy, kręcony przez grupkę przyjaciół horror komediowy, udający dokument o nowozelandzkich wampirach. Wraz z ekipą dokumentalistów towarzyszymy kilku wampirom-współlokatorom z Wellington, którzy wprowadzają nas w świat nocy. Przy okazji zaś w swoje dziwactwa.

Największą zaletą „Co robimy…” jest humor wynikający z wiedzy o horrorze i dystansu do niego i gatunkowych klisz, które są tu wyśmiewane i wykorzystywane do kolejnych żartów. Mały budżet był tu nie wadą, a zaletą, bo przaśność scenografii, kostiumów i efektów idealnie pasowała do klimatu całości.

2. „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”

Tak, udało się. J.J. Abrams, po tym, jak podniósł z kolan serię „Star Trek” (podoba mi się to, co tu zrobił), tym razem udźwignął jeszcze większy ciężar, może największy, jaki filmowiec może wziąć na swoje barki – „Gwiezdne wojny”. Jak na fana przystało, połączył nową jakość z troską o dziedzictwo tych historii, dwoił się i troił, by zaspokoić miłośników serii i ich wygórowane oczekiwania, by na każdym kroku pokazywać, że on też kocha ten świat i tych bohaterów.

Nieco za bardzo zapatrzył się w oryginalną trylogię, trzeba to przyznać, bo „Przebudzenie Mocy” momentami przypomina nakręconą na nowo „Nową nadzieję”, co nie zmienia jednak faktu, że otrzymaliśmy świetny film, udanie rozbudzający na nową jedno z najważniejszych popkulturowych uniwersów.

O dziwo, „Przebudzenie Mocy” zyskuje przy kolejnych seansach. Kiedy już wiemy, że momentami bywa zbyt wolno, gdy wiemy o tych zbieżnościach z „Nową nadzieją”, możemy cieszyć się akcją, niesamowicie efektownymi scenami, a przede wszystkim niezwykle udaną galerią nowych bohaterów.

1. „Mad Max: Na drodze gniewu”

Bez chwili wahania. Gdybym brał w tym zestawieniu pod uwagę „Whiplash”, miałbym problem z wyborem i zapewne obrazy te podzieliłyby się mianem najlepszego filmu roku. W tym rankingu zwycięzca może być jednak tylko jeden – na imię mu Max.

Miller stworzył arcydzieło. To film, do którego wracałem po wielokroć, do którego będę wracał, w którym zachwyca mnie tak wiele elementów, że trudno je wszystkie zliczyć. Najważniejsze są jednak niezwykły minimalizm, jeżeli chodzi o opowieść (oni po prostu jadą i jadą), połączony z niesamowitym bogactwem postapokaliptycznego świata (ileż tu się kryje w tle, w szczegółach!), oraz jednymi z najbardziej efektownych scen akcji, jakie kiedykolwiek pokazano na wielkim ekranie.

„Mad Max: Na drodze gniewu” to orgia wybuchów, kraks, skoków, strzelanin i mordobić, skomponowana niczym najlepsza symfonia.

Miller mnie zachwycił. I sądząc z kolejnych laurów i oscarowych plotek – nie tylko mnie, bo nominacja w kategorii najlepszy film wydaje się pewna, a i sama statuetka chyba nikogo już by nie zaskoczyła.


Gdzie „Marsjanin”? Gdzie „Chappie”? Gdzie „Jurassic World” i „Tajemnice lasu”? Poza pierwszą piątką, ale niedaleko. Pewnie mógłbym przygotować zestawienie TOP 10, taki był pierwotny plan, ale po namyśle chciałem wyróżnić tylko te filmy, które zasługują na miano czegoś więcej niż „dobrych”, „ciekawych” czy „oferujących bardzo dobrą rozrywkę”.

No dobrze, ale co z gniotami? Powyżej wskazałem pięć obrazów, które warto zapamiętać dla ich niezaprzeczalnych wartości – czy znajdą się takie, które zapamiętamy, bo były tak złe, że odcisnęły piętno w naszych umysłach? Owszem. Oto TOP3 najgorszych filmów roku 2015:

3. „Jupiter: Intronizacja”

Może i CIA nie będzie wykorzystywać tego obrazu do torturowania więźniów, ale też wiele lepiej nie jest. Wszystkiego w tym filmie jest w nadmiarze, wszystko jest przekombinowane, a niemal żaden wybór nie jest trafiony. Całość jest… kiczowata. To mocne słowo, mamy tu Channinga Tatuuma w psimi uszkami, wielkich jaszczuroludzi i Eddiego Reddmane’a, jednego ze zdolniejszych aktorów młodego pokolenia, któremu każe się grać z jakąś irytującą, idiotyczną manierą.

Mieliśmy dostać efektowną space operę, z bogatym uniwersum i wieloma bohaterami, a wyszła nieciekawa papka o księżniczce i handlowaniu planetami.

2. „Fantastyczna czwórka”

Dwa filmy w jednym. Pierwszy nakręcił zdolny Josh Trunk, a drugi studio, które w wyniku konfliktu z nim zdecydowało się poprawić materiał. Kto zawinił? Nas to nie obchodzi. My wiemy jedno – „Fantastyczna czwórka” to potworek Frankensteina, który został pozszywany z niepasujących do siebie elementów i teraz ledwo trzyma się na nogi.

Ten film stoi w rozkroku pomiędzy odrzuceniem schematu opowieści o superbohaterach a wpadaniem we wszystkie możliwe klisze, których zwieńczeniem jest fatalne zakończenie, z idiotyczna walką finałową.

Dość powiedzieć, że w tym filmie zupełnie nie wykorzystano potencjału Doktora Dooma.

1. „Siódmy syn”

Tak jak „Mad Max: Na drodze gniewu” bez wahania trafił na szczyt najlepszych obrazów mijających dwunastu miesięcy, tak „Siódmy syn” bez mrugnięcia okiem nazywam najgorszym filmem roku 2015. Ten obraz symbolizuje wszystko, co w filmowym fantasy złe, wszystkie problemy wynikające z tego, że za te historie biorą się ludzie ich nierozumiejący, myślący, że fanom gatunku zależy tylko na mordobiciach i smokach.

Najbardziej w „Siódmym synu” boli jednak fakt, iż film ten uderzył w książki, którymi był inspirowany, czyli serię o stracharzu autorstwa Josepha Delaneya. Oto filmowcy wzięli unikatowe, kameralne fantasy, suto zakrapiane horrorem, skierowane do młodzieży, ale jednocześnie opowiadające fascynującą historię dorastania, zaludnione wspaniałymi, niezwykle złożonymi bohaterami, i przeniosło ją na wielki ekran jako naparzankę z kilkoma stworami, a ze stracharza zrobiono żenującego pijaka.

Żałosny przykład bezczelnego wycierania sobie mord książkami, które tak naprawdę ma się w głębokim poważaniu. Ktoś tu chciał nakręcić gniota – tylko przy okazji uderzył we wspaniałe powieści.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Zakwalifikowaniem nowego wydania „Gwiezdnych wojen” do tzw. „top” nie jestem zaskoczony. Bite są rekordy kasowe, co niektóre media też relacjonują z uznaniem by nie napisać z zachwytem.
    Dla mnie i grona osób z którymi rozmawiałem bądź towarzyszyły mi w kinie film jest… chłamem… Treść nijaka, chaotyczna , scenariusz niby ma być ciągiem dalszym jednak powtarza wiele z pierwszego filmu G. Lucasa. Przyznam , momentami śmiałem się przy pewnych scenach ,które wykazywały pewną bezradność pomysłów. Bohaterka filmu biega czasami to tu to tam, nie wiadomo czasami po co czy za czym…
    Film oglądałem w tzw. wymiarze 3D , który też był rozczarowaniem jeśli chodzi o technikę.
    Przed wielu laty oglądałem co prawda nieruchome obrazy ,ale także sugerujące trójwymiarowość – nazywało się to wtedy fotoplastikon…
    Sukces finansowy filmu świadczy o tym jak niewiele czasami potrzeba do szczęścia…
    Na pocieszenie dodam ,że podobny los spotyka pomysł ,który swego czasu był rewelacyjny, dzisiaj po następnych odsłonach tylko śmieszy lub nudzi. Chodzi o „Alien” w Polsce znany jako Obcy : ósmy pasażer „Nostromo”

  2. Nie można porównywać Whiplash (2014) z Mad Max (2015) w tym zestawieniu. Zresztą – karkołomną jest teza, że Max może równać się z Whiplashem jako film roku, litości 🙂

    >Gdzie „Marsjanin”? Gdzie „Chappie”? Gdzie „Jurassic World”<

    POZA PIERWSZĄ PIĄTKĄ, ALE NIEDALEKO.

    LOL

    Marsjanin to lekki zawód (chyba, że ktoś nie czytał książki, wtedy może do oceny dodać jedno oczko). Jurrasic World jest po prostu słaby, a Chappie to zupełnie nieporozumienie i gniot jakich mało.

  3. Rewelacyjny Max, solidne nowe Star Warsy, bezpretensonalny Marsjanin – 2015 był dobrym rokiem dla filmowego sci-fi.

    Nawiasem pisząc Miller ponoć maczał palce w grze Mad Mad i grając to zwyczajnie czuć.

  4. Pozwole sobie zapodac moja opinie, taka „na czasy internet”, czyli „powierzchu”:
    1. Everest – podobno kiepski. Nie wydam pieniedzy.
    2. Kingsman – slaby, szkoda pieniedzy.
    3. Gwiezdne wojny – chlam, szkoda pieniedzy
    4. Mad Max – slaby, szkoda pieniedzy (chyba sie starzeje?)
    5. Chappie – OK, miejscami calkiem dobry
    6. Marsjanin…. sie zobaczy
    7. Bridge of Spies – przeciwienstwo gwiezdnych wojen, niezly, a postacie i dialogi miejscami – swietne. Niestety ostatnie 5 minut to Spielberg w NAJGORSZYM wcieleniu (odglos wymiotow)

  5. Star Wars to quasi remake Nowej nadziei oraz Powrótu Jedi z dodaniem politycznej poprawności w postaci żeńskiego Luka oraz czarnego szturmowca. Ten film nie przedstawia żadnej nowej historii. Scenariusz ktoś pisał na zasadzie copy-paste. Głowna bohaterka to Mary Sue, a historia się kupy nie trzyma. Np. najlepszy pilot Poe wysłany po super ważne informacje zostawia wszystko w robocie i znika na większą część filmu. Potem wraca aby polatać. Nic go nie obchodzi co się stało z robotem i superdanymi. Takich dziur jest pełno. Scenariusz pisało chyba dziecko na kolanie.