Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

24.03.2016
czwartek

„Marsjanin” na Blu-ray – Matt Damon, Mars i sporo dodatków

24 marca 2016, czwartek,

Matt Damon portrays an astronaut who faces seemingly insurmountable odds as he tries to find a way to subsist on a hostile planet.Ridley Scott w ostatnich latach nie miał dobrej passy, czego przykładem choćby fatalny „Prometeusz”. Nominowany do Oscara i nagrodzony Złotym Globem „Marsjanin” to powrót słynnego reżysera do wysokiej formy.

W 2010 roku Scott pokazał nam przeciętnego „Robina Hooda” z Russellem Crowem, dwa lata później dał fanom kultowego „Obcego”, bardzo źle przyjętego „Prometeusza”, następnie był jeszcze gorszy „Adwokat”, a później kolejne widowisko, które przeszło bez większego echa, czyli „Exodus: Bogowie i królowie”.

Skąd więc ten zwrot o 180 stopni i „Marsjanin”, doceniony zarówno przez krytyków, jak i przez widzów? Bo ktoś wreszcie dał Scottowi dobry scenariusz.

Drew Goddard już na początku prac na nim zapowiedział Andy’emu Weirowi, autorowi powieści „Marsjanin”, na podstawie której powstał film, że będzie jak najwierniejszy oryginałowi. I to się sprawdziło: filmowy „Marsjanin” to skrót, wycinek tego, co w książce najlepsze, z pominięciem tego, co pominąć się dało, by zmieścić całość w 140 minutach ekranowego czasu.

Wszystkie zwroty akcji, wszystkie żarty, wszystkie dialogi to zasługa nie filmowców, a Weira; rzecz jasna Scottowi i spółce trzeba oddać, że potrafili książkę dobrze zekranizować, zwłaszcza rozwiązując problem głównego bohatera, który przez większość czasu jest sam i gada do siebie albo po prostu sobie o czymś myśli, co łatwo pokazać w książce, ale gorzej w filmie.

Nie można też przemilczeć fenomenalnej obsady, jaką zgromadził Scott, od Matta Damona (jednak nad wyrost nominowanego za tę rolę do Oscara), przez Jeffa Danielsa, Seana Beana, Jessicę Chastain, Kate Marę, aż do Michaela Peñy i Chiwetel Ejiofor, a także Mackenzie Davis, Benedicta Wonga oraz Sebastiana Stana, lepiej znanego jako Zimowy Żołnierz z filmów z Kapitanem Ameryką. W „Marsjaninie” zagęszczenie gwiazd na minutę filmu było oszałamiające.

Powtórne obejrzenie filmu, gdy już zna się żarty Marka Watneya na pamięć, a kolejne wypadki tak nie ekscytują, bo wiemy, jak marsonauta z nich wybrnie, pozwala docenić Ridleya Scotta. Tak, gotowy scenariusz dostał do ręki i wystarczyło nic w nim nie zmieniać. Tak, obsada była świetna i pewnie poradziłaby sobie świetnie także z gorszym reżyserem u steru. Po co więc Scott? Gdzie jego siła? W warstwie wizualnej, w dopracowanej szczegółowo scenografii, w naukowym tle, projektach, wszystkich drobnych szczegółach, które tworzą środowisko dla bohaterów; zwróćcie uwagę na podejście do mediów społecznościowych – tego w książce nie ma, to Scott.

Nie można zaprzeczać, że Scott ma wyśmienite oko, zarówno do zdjęć (w „Marsjaninie” operatorem był Dariusz Wolski), jak i do kostiumów czy rekwizytów, co pokazał już w „Prometeuszu” – scenariusz może i był dziurawy jak siatka, ale wizualnie ten film stał na najwyższym światowym poziomie. I „Marsjanin” to nie wyjątek – tu także statki czy kostiumy wypadają świetnie, efekty specjalne olśniewają i pozwalają uwierzyć nam w akcję rozgrywającą się w dużej mierze na innej planecie i w kosmicznej pustce.

W świat pracy nad filmem, projektowanie jego elementów, a także tworzenia scenariusza wprowadzają nas materiały dodatkowe, dołączone do wydania Blu-ray (ze względu na stronę wizualną właśnie Blu-ray polecam). Nie jest ich może oszałamiająco wiele, ale pokrótce opowiadają historię od książki do gotowego filmu, a nawet wychodzą poza niego, jak w udającym reportaż materiale, który ma nam pokazać kulisy pracy NASA w czasie tego „marsjańskiego kryzysu”.

Scott też jest mistrzem promowania swoich filmów i jak mało który reżyser potrafi dotrzeć do internautów, stąd wiele dodatkowych materiałów, wprowadzeń do filmu, które krążyły już po sieci, a teraz zebrano je w materiałach dodatkowych.

„Marsjanin” to więc film, do którego można wracać, bo połączone siły Andy’ego Weira i wizualnego geniuszu Ridlleya Scotta złożyły się na obraz posiadający wiele warstw, który można doceniać na kilku poziomach, nawet przy kolejnym seansie. Czy obraz ten przejdzie do kanonu kina? Raczej nie. Ale i tak jest bardzo dobry.

(A książka jest jeszcze lepsza i zawiera sporo rzeczy niewykorzystanych w filmie, więc warto nadrobić).

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Ksiazke kocham, jest to znakomity podrecznik jak chodowac na Marsie ziemniaki wbrew naturze I logice, smialam sie od poczatku do konca. Film mnie mocno zaskoczyl bo jest dokladnie taki jak ksiazka a muzyczny podklad disco spelnia swoja absurdalna role doskonale. Wspaniala zabawa!