Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

13.05.2016
piątek

Obejrzymy to jeszcze raz – Hollywood to już tylko wtórność?

13 maja 2016, piątek,
Źródło: Imperial-Cinepix

Źródło: Imperial-Cinepix

Fabrykę Snów powinno się przemianować na Fabrykę Odgrzewanych Kotletów – w przypadku kina wysokobudżetowego i fantastycznego rocznie liczyć możemy na ledwie kilka oryginalnych produkcji. Poza tym zalewają nas kontynuacje, nowe wersje starych hitów i zwłaszcza ostatnio – powroty do przebojów sprzed lat.

Pamiętam swoje zdziwienie, gdy w książce „Development Hell” przeczytałem, że jeszcze jakiś czas temu w Hollywood sequel był czymś niegodnym. Zdanie Fabryka Snów zmieniła ponoć dzięki Jamesowi Cameronowi, który odniósł sukces najpierw „Obcym – decydującym starciem”, a później „Terminatorem 2: Dniem sądu”.

Wedle powszechnej opinii to właśnie wtedy Hollywood po raz pierwszy pomyślało: Kurcze, to może jednak zamiast wymyślać coś nowego będziemy trzepać kasiorę na powtórkach z rozrywki?

Sama idea sequela nie jest zła: jeżeli ktoś miał pomysł na jeden film z danym bohaterem czy w danym świecie, to może mieć i na kolejny, równie dobry, czego przykładem choćby seria o Indianie Jonesie. Problem powstaje, gdy kolejne odsłony tych samych cykli filmowych zaczynają dominować. I dokładnie tak dzieje się teraz: jeżeli chodzi o blockbustery, widzowie skazani są na oglądanie w kółko tych samych postaci i światów.

Przyjrzyjcie się obecnemu rokowi. Weźmy kino fantastyczne i wymieńmy oryginalne produkcje, jakie mogliśmy oglądać: „Lobster”, „Hardcore Henry” oraz „Cloverfield Lane 10” (choć ten ostatni na siłę doklejono do uniwersum Cloverfield). I więcej w zapowiedziach do grudnia nie ma.

Za to mamy całą masę kontynuacji, od „Alicji po drugiej stronie lustra”, przez „Wojownicze żółwie ninja: Wyjście z cienia”, aż po „Star Trek: W nieznane” czy „Łowcę i Królową Lodu”. Do tego dołóżmy kolejne odsłony filmowych uniwersów, czyli „Kapitana Amerykę: Wojnę bohaterów” i „Doktora Stange’a” od Marvela, „Batmana v Supermana: Świt sprawiedliwości” oraz „Legion samobójców” z DC Comics, a także „Łotra Jeden. Gwiezdne wojny – historie” i „X-Men: Apocalypse”.

Mało powtórek? Widzieliśmy też już nową „Księgę dżungli”, w zapowiedziach zaś „Tarzan: Legenda”, nowy „Ben Hur”.

W takim wypadku jako takie pozory oryginalności zachowują jeszcze niektóre ekranizacje książek, komiksów i gier, jak „Deadpool”, „Osobliwy dom Pani Peregrine”, „Piąta fala” czy „Warcraft: Początek”. I tu jednak można narzekać, bo chciałoby się, aby scenarzyści filmowi nauczyli się tworzyć, a oduczyli przetwarzać.

I znowu: tu nie chodzi o jakość tych produkcji, bo na przykład „Wojna bohaterów” była bardzo dobra, na nowych „X-Menów” zawsze czekam, a „Łotr Jeden” zapowiada się naprawdę super. To nie tak, że te filmy mają nie powstawać – chodzi tylko o to, aby ich proporcja względem autentycznych nowości nie była tak żenująca.

Czy coś się w Hollywood w ciągu najbliższych lat zmieni? Owszem, na gorsze. Bo oto siły nabiera nowe zjawisko: powrót do dawnych przebojów, gdzie jednak nie kręcimy nowych wersji filmów, ale ich kontynuacje czy spin-offy, tworząc serie i uniwersa. W 2015 olbrzymim hitem był „Jurassic World”, podobnie „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”, galę Oscarów podbił „Mad Max: Na drodze gniewu”, klapę zrobił „Terminator: Genisys”, w zapowiedziach są zaś między innymi „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, czyli powrót do świata Harry’ego Pottera (choć bez samego Pottera), a także „Obcy 5” i „Łowca androidów 2”.

Lada moment w kinach obejrzeć będziemy mogli też „Dzień Niepodległości: Odrodzenie” oraz „Ghostbusters. Pogromców duchów”.

Co istotne, to samo obserwujemy także jeżeli chodzi o seriale (nowe „Z archiwum X” i „Miasteczko Twin Peaks”), książki („Idź, postaw wartownika” Lee czy „Doktor Sen” Kinga) oraz komiksy („Sandman: Overture” Gaimana).

Bywa, że efekt jest zaskakująco dobry i otrzymujemy arcydzieła, jak „Sandman. Overture” czy „Mad Max: Na drodze gniewu” – i takie perełki usprawiedliwiają cały trend, bo sprawiają, że jest to gra warta świeczki.

Niemniej chciałoby się, aby nie tylko Alex Garland i Neil Blokamp starali się powiedzieć nam coś oryginalnego w języku filmowej fantastyki. Do czasu, aż to się jednak zmieni, możemy tylko cieszyć się przebłyskami świeżości wewnątrz większych uniwersów, czego przykładami choćby „Strażnicy Galaktyki” czy wspominany już „Deadpool”.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Niestety nasza twórczość i oryginalność chyba powoli się wypala. Zarówno w modzie, muzyce, jak i filmie wracamy do klasyków z przeszłości. W zasadzie jest w tym trochę racji- po co ryzykować skoro można przywrócić coś pewnego?