Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego - Blog coolturalny Marcina Zwierzchowskiego

17.10.2016
poniedziałek

Potrzebujemy pisarzy-celebrytów

17 października 2016, poniedziałek,
Szczepan Twardoch Fot. Zuza Krajewska mat. prasowe

Szczepan Twardoch
Fot. Zuza Krajewska
mat. prasowe

Nie brakuje nam celebrytów, którzy próbują swoich sił w pisarstwie bądź też do książek trafią poprzez wywiady rzeki. Niekiedy efekty są interesujące, niekiedy… cóż. Zdrowy i rozwijający się rynek książki powinien jednak mieć także pisarzy, którzy status celebrytów zawdzięczają wyłącznie krytycznemu uznaniu i popularności swoich tekstów. Czy Polska ma takich?

Określenie kogoś mianem celebryty może zostać odebrane jako obraza – słowo to w naszych umysłach ma zdecydowanie pejoratywne znaczenie. Celebrytami są aktorzy, sportowcy, dziennikarze, pewnie i niektórzy politycy, ale także osoby znane z tego, że są znane, a więc w dorobku mające wyłącznie głośny romans z kimś sławnym, mocne słowa wypowiedziane na wizji lub kilka fotografii w strojach niepozostawiających wiele wyobraźni; celebrytą będzie i detektyw Rutkowski, i pewna matka, której sprawą się zajmował.

Celebrytami nazwać też trzeba jednak Neila Gaimana, Joanne K. Rowling, Stephena Kinga czy George’a R.R. Martina.

Zwłaszcza autor „Pieśni Lodu i Ognia”, po sukcesie serialu „Gra o tron” produkcji HBO, stał się stałym gościem talk-showów, cennym łupem dla dziennikarzy, a nawet trafiał na listy najbardziej wpływowych ludzi na świecie. I czy to nie wspaniałe?! Czy taki celebrytyzm nie tylko nie razi, ale wręcz cieszy i przywraca wiarę w ludzkość? Oto w XXI wieku, erze tabloidów i gwiazdeczek żyjących z „wyciekających” do sieci seksnagrań, facet, który opowiada nam historię zmyślonego świata i nieistniejących bohaterów, jest w stanie nas poruszyć, wkurzyć nawet, staje się idolem (i wrogiem, co też potwierdza jego pisarski status) dla setek milionów mieszkańców naszej planety. Internet żyje memami z nim w roli głównej, na YouTube fani wrzucają adresowane dla niego piosenki, a Conan O’Brian, gospodarz niezwykle popularnego talk-showu, nagrywa filmik pokazujący „prawdę” o tym, co Martin robi w czasie, gdy powinien pisać.

Poświęćmy chwilę tej myśli: podczas gdy telewizja pokazuje nam durne programy o rodzeniu w dziczy czy wycieczce bandy celebrytów do Azji, a kino karmi nagrywanymi w kółko nowymi wersjami starych przebojów, jest sobie taki pisarz, na którego książkę miliony czekają tak bardzo, że pewnie gdyby powiedzieć im, że mogą ją dostać już teraz, pod warunkiem, że odbędą pieszą pielgrzymkę z Warszawy do Szczecina, część już wiązałaby buty.

Nie potrafię nie cieszyć się z tego „szaleństwa” towarzyszącego czekaniu na „Winds of Winter” Martina, z fanów Harry’ego Pottera w każdej wypowiedzi Rowling doszukujących się choćby najmniejszej sugestii napisania przez nią nowej powieści z tego świata, czy wyczekujących seriali na podstawie „Amerykańskich bogów” oraz kinowych ekranizacji „Sandmana” i „Mrocznej wieży”. Zestawmy to z dołującymi nas co roku statystykami czytelnictwa nad Wisłą, a zrobi nam się nieco lepiej.

I nad Wisłą chyba powoli doczekujemy się takich pisarskich celebrytów, których celebrytyzm wyrasta z popularności książek. (Bo innych już mieliśmy, żeby przypomnieć choćby Michała Witkowskiego, który wprawdzie mógł liczyć na uznanie krytyków, ale jednak rozgłos zawdzięczał głównie skandalikom i pozowaniu na blogerkę modową). Z racji niedawnych/bliskich premier książkowych automatycznie nasuwają się nazwiska Katarzyny Bondy i Szczepana Twardocha. W przypadku autorki „Lampionów” znamiennym jest, że choćby artykuł o niej „Newsweek” opublikował w dziale Społeczeństwo, a jego autor w minimalnym stopniu skupiał się na literaturze (i był to bardzo dobry tekst). Twardoch natomiast dzięki „Królowi” znowu nam się przypomina, pozytywnie, bo powieść zbiera świetne recenzje, wcześniej zresztą zasłynął współpracą reklamową z marką Mercedes.

Historia Szczepana Twardocha i Mercedesa to zaś dla mnie jedno z najbardziej pozytywnych wydarzeń na rynku książki od lat. Ktoś tam bredził, że autor się sprzedał (w „Królu” bohater chyba nie jeździ nowym Mercedesem?), że to pisarzowi nie wypada. A dlaczego, cholera, nie?! Oto rozpoznawalna na całym świecie marka postanawia, że jej wizerunek w Polsce wzbogacić może współpraca z pisarzem. Pi-sa-rzem. Przecież to samego Twardocha, ale i literaturę w ogóle, nobilituje! Bo że Twardoch pisze świetne książki, nie ma dyskusji – i właśnie ich niekwestionowana jakość i popularność przyciągnęły do niego motoryzacyjnego potentata. O ile mi wiadomo, autor „Morfiny” nie przespał się z Dodą ani z Wojewódzkim, nie pokazał pupy na ściance przed jakąś imprezą, nie zwierzał się też ze swoich prywatnych problemów w programie Ewy Drzyzgi. Czyli zostają książki.

Ktoś może w tym momencie wypomnieć Twardochowi głośne wypowiedzi na temat Polski. Tak jak Miłoszewskiemu można „wyciągnąć” burę, jakiej w czasie gali Paszportów POLITYKI (słusznie) udzielił politykom, a Jakubowi Ćwiekowi bardzo ostry list otwarty do Jarosława Kaczyńskiego. Znajdą się takie przypadki. Pytanie tylko brzmi, czy popularność tych panów budowana była na tych słowach, czy jednak na książkach? Śmiem z pełną stanowczością twierdzić, że jednak na publikacjach, i że gdyby nie byli już wcześniej popularni, te słowa nikogo specjalnie by nie obeszły.

(Pozwólcie, że przy okazji wtrącę, bo każdorazowo taki przypadek mnie jednocześnie dziwi i bawi. Otóż pierwszą reakcją na ostre/głośne słowa pisarza czy pisarki dotyczące czegokolwiek innego poza literaturą jest stwierdzenie, że on czy ona powinni się przymknąć i skupić na pisaniu, że na przykład nie po to ktoś autora czy autorkę śledzi na Twitterze czy Facebooku, żeby choćby o polityce czytać. Czyż to nie kuriozalne? Bo gdy taki Twardoch napisze powieść o Polakach i polskości, to jest w porządku, ale gdy wypowie się na temat kraju, w którym żyje, w wywiadzie albo w poście na Facebooku, nagle prawo do opinii się mu odbiera. Czyli pisarze i pisarki mają się z nami porozumiewać wyłącznie poprzez prozę? Czyli bycie pisarzem lub pisarką ma być kneblem dla opinii, które każdy z nas ma i wyraża?).

Po co nam jednak to wszystko? Dlaczego cieszy mnie szał wokół George’a R.R. Martina i współpraca Twardocha z Mercedesem? Ponieważ uważam, że w takich wydarzeniach jedyna nadzieja w przekonaniu do literatury tych, którzy na co dzień jej unikają. Bo dlaczego seriale i filmy są takie popularne? Są łatwiejsze w odbiorze, to fakt, ale też ze względu na szum, jaki wokół nich powstaje, to, jak ekscytują pewne grupki widzów, które tę ekscytację przelewają na innych – przecież takie „Stranger Things” sukces zawdzięcza wyłącznie temu, że ludzie, którzy je obejrzeli, dzielili się swoją oceną w mediach społecznościowych. Owszem, krytycy mają w tym jakiś udział, ale jeżeli recenzent jest w stanie kogoś do czegoś przekonać, to zwykle jest to osoba już np. książki czytająca.

Jeżeli jednak marzy nam się skok w badaniach czytelnictwa nad Wisłą, o literaturze musi być głośno. Dlatego potrzebujemy autorów i autorek, którzy swoim pozytywnym pisarskim celebrytyzmem walczyć będą z celebrytyzmem bezmyślnym. Bez szumu książki oddają pole „Ekipom z Warszawy”, a ja osobiście nie chcę żyć w kraju zdominowanym przez tego typu rynsztokową rozrywkę.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop